Rok po śmierci Marka Karpa, dyrektora Ośrodka Studiów Wschodnich w Warszawie, jego przyjaciele zdecydowali się opowiedzieć nam o ostatnim okresie jego życia. Przedstawili nowe, nieznane dotąd wątki tej sprawy, które jednoznacznie wskazują, że osobom związanym z rządem Leszka Millera zależało na pozbyciu się Karpa ze sceny politycznej. Nasi informatorzy twierdzą, że Karp zginął, bo przeszkadzał lewicy w prowadzeniu własnej polityki ze Wschodem.
13 sierpnia 2004 r. Marek Karp jechał oplem astra do Urzędu Celnego w Białej Podlaskiej. Jechał obwodnicą. Na skrzyżowaniu zatrzymał się, by przepuścić ciężarówki jadące w kierunku przejścia granicznego w Terespolu. Nagle w prawy tylny bok astry uderzyła ciężarówka na białoruskich numerach rejestracyjnych. Wypchnęła opla na przeciwległy pas ruchu. Kierowca jadącej tym pasem betoniarki nie miał szans, by uniknąć zderzenia – opel Karpa został sprasowany przez przyczepę. Dyrektor OSW trafił do szpitala. 12 września zmarł. Niedawno minął rok od jego śmierci.
Wypadek zdarzył się w chwili, która wyjątkowo pasowała środowiskom wrogim Karpowi. Inne „zbiegi okoliczności” także budzą wiele wątpliwości. Czy Karp musiał zginąć? Jego bliscy zapowiadają, że nie zostawią tak całej sprawy. Czekają tylko na zmianę władzy w Polsce. Liczą, że gdy do głosu dojdzie prawica, im uda się ujawnić prawdę.
Był niewygodny
Marek Karp był dyrektorem Ośrodka Studiów Wschodnich – instytucji podlegającej Ministerstwu Gospodarki, która, choć mało znana szerokiej opinii publicznej, w rzeczywistości kreowała (i kreuje) polską politykę wschodnią. To tu analizuje się sytuację na Ukrainie, Białorusi czy rosyjski rynek paliwowy.
Ośrodek stworzył Karp i przez długie lata sam nim kierował. Raporty OSW są jawne, może się z nimi zapoznać każdy, kto interesuje się tą tematyką. Nie wszystkim taka sytuacja odpowiada – zdarza się bowiem, że analizy wykazują np. błędy popełniane przez polskie władze w kontaktach ze Wschodem. Czasami opublikowanie raportu krzyżowało plany polskiemu rządowi, bo nie sposób było zrobić coś, co według specjalistów OSW mogło Polsce zaszkodzić. Nieoficjalnie służby specjalne przyznają, że OSW zajmuje się tzw. białym wywiadem, czyli analizowaniem jawnych i ogólnie dostępnych informacji, które dopiero zestawione przez fachowców stają się naprawdę istotne.
O takich sprawach Marek Karp nie bał się mówić głośno. Trudne tematy poruszał podczas rozmów z prezydentem Ukrainy (jeszcze wtedy był nim Leonid Kuczma), z wysokimi przedstawicielami władz rosyjskich, białoruskich i litewskich. Swojego zdania nie ukrywał też przed Polakami.
– I w końcu nadepnął komuś na odcisk, zrobił się niewygodny – mówi nasz informator, pochodzący z kręgu bliskich przyjaciół Marka Karpa. – Przeszkadzał, i to wysoko postawionym decydentom w Polsce. Właśnie wtedy zaczęło się wokół niego robić gorąco.
Problemy dyrektora OSW rozpoczęły się w 2000 r. Miał już wtedy własne gospodarstwo hodowlane w Ludwinowie, pod Białą Podlaską. Wyremontował zrujnowany dworek, a potem postanowił... hodować krowy. Miał ich kilkaset sztuk. Jednocześnie cały czas pracował w Warszawie, dlatego bieżące zarządzanie gospodarstwem przekazał dwóm miejscowym biznesmenom, jak się potem okazało – związanym z lewicą.
– Zaczęli go oszukiwać: sprzedawali na lewo jałówki, dziwne rzeczy działy się z drewnem opałowym. Kiedy Marek się w tym zorientował, postanowił zrezygnować z ich usług. Nie było to takie proste. Ostrzegli go, że całe miejscowe władze siedzą u nich w kieszeni i że będzie miał kłopoty – opowiada nasz informator. – I rzeczywiście je miał. Nasiliły się, gdy Karp przestał „podobać się” lewicy, czyli na początku 2002 r.
166 tysięcy złotych
Uderzyć w Karpa było bardzo łatwo – miał długi. Zaciągnął je zakładając gospodarstwo, które nie przyniosło oczekiwanych zysków. Zadłużony był w wielu bankach, ale także m.in. w Farm Agro Plancie – firmie z Bielska Podlaskiego, zajmującej się sprzedażą nawozów. Kiedy szef FAP Mirosław C. odmówił dalszego kredytowania Karpa, ten wpadł na nietypowy pomysł: przedstawił Mirosławowi C., jak może rozwinąć swoją firmę dzięki kontaktom ze Wschodem, a mówiąc ściśle – z Białorusią.
– Miało to polegać na zawarciu umowy barterowej z kopalnią soli potasowych w Soligorsku na Białorusi – opowiada jeden z byłych członków zarządu FAP. – Sole potasowe, używane u nas jako nawozy, były sprowadzane do Polski głównie z Niemiec i Białorusi. To bardzo istotny eksport, bo bez niego nie jest w stanie funkcjonować polskie rolnictwo. Sole z Białorusi były tańsze niż z Niemiec, ale białoruski Soligorsk miał problemy – potrzebował nowych maszyn. Pan Karp wymyślił, że jeśli Polska przekaże Soligorskowi maszyny w zamian za nawozy, to oba kraje będą miały korzyść z takiej umowy. FAP miał nadzorować całą tę wymianę i na swoim terminalu przeładunkowym pakować sole mineralne i transportować je dalej, w głąb Polski. Do tego potrzebne było jednak wsparcie rządu. Chodziło o wynegocjowanie z Unią Europejską niższych ceł na sole potasowe sprowadzane ze Wschodu oraz o gwarancje rządowe dla całego przedsięwzięcia.
Karpowi udało się zdobyć poparcie AWS-owskiego rządu. Jego członkowie, na czele z premierem Jerzym Buzkiem, ocenili pomysł bardzo pozytywnie. Wielokrotnie rozmawiali z Karpem na ten temat, odwiedzali FAP, podjęli także niezbędne rozmowy z przedstawicielami UE. Ale już w 2002 r. pomysł ten stał się głównym źródłem problemów Karpa w białostockiej prokuraturze. Ponieważ FAP chciał utrzymać całą sprawę w tajemnicy, Mirosław C. zapłacił Karpowi za lobbowanie na rzecz swojej firmy w ten sposób, że wystawił mu rachunek za szkolenie kadr i doradztwo. A Karp nigdy kadr w FAP nie szkolił. I to właśnie wytknął mu prokurator.
Dostał 166 tys. zł. Dużo? Normalna stawka, jeśli przypomnimy sobie, że podobne pieniądze otrzymał choćby premier Marek Belka za doradzanie prywatnej firmie (przed objęciem stanowiska premiera). Karp nie krył tych dochodów – wykazał je w swoim zeznaniu podatkowym, zapłacił od nich podatek. Spłacił swój dług wobec FAP i wierzył, że wszystko się poukłada.
Ostrzegali go przyjaciele
Ale wtedy zaczęto „chodzić” koło niego w Warszawie. Pierwsze ostrzeżenie otrzymał od przyjaciół związanych z dyplomacją.
– Służby bezpieczeństwa krążą wokół twojej osoby – mówili. Karp odpowiadał, że nie ma się czego bać. A oni na to: my to wiemy, znamy cię tyle lat, ale bądź bardzo czujny, z kim rozmawiasz – opowiada nasz informator.
W domu Karpa pojawił się także Z.R., ówczesny pracownik Ministerstwa Spraw Zagranicznych.
– Marek, odpuść sobie ten ośrodek, zostaw go, bo będziesz miał kłopoty – przekonywał. Ale Karp nie zamierzał odpuszczać – traktował OSW jak swoje dziecko, dzieło życia. Zrobił wszystko, by był on jednostką specjalistyczną i niezależną. Jak podkreślał, miał służyć Polsce, a nie politycznym interesom różnych grup.
Właśnie dlatego Karp odmówił, gdy podczas nieoficjalnej rozmowy jeden z wysoko postawionych działaczy lewicy namawiał go, by przyłączyć OSW do Ministerstwa Spraw Zagranicznych (teraz podlega Ministerstwu Gospodarki). Szef ośrodka bał się, że OSW straci wówczas niezależność. Samą propozycją nie był jednak zaskoczony. Jeszcze podczas poprzednich rządów lewicy w Polsce, w latach 1993-95, doniesiono mu, że władze najchętniej by się go pozbyły z eksponowanego stanowiska.
Naciskali, by odszedł
Po sporządzeniu przez białostocką prokuraturę w 2002 r. aktu oskarżenia przeciwko Markowi Karpowi o wyprowadzenie pieniędzy z FAP, Karp zaczął szukać pomocy. Nie ukrywał przed swoimi współpracownikami, że ma sprawę karną. Nie był tym jednak przerażony – wierzył, że wszystko wyjaśni się w sądzie. Chciał, by rozprawa odbyła się jak najszybciej. W aktach sądowych FAP jest kilka wniosków, składanych przez obrońców Karpa, o wyłączenie jego sprawy do odrębnego rozpoznania. Niestety, nie miały one podstaw prawnych, nie zostały więc uwzględnione przez sąd. Karp musiał czekać na swoją kolej, tymczasem rozpoczęcie procesu przedłużało się. Pierwsza rozprawa przed sądem w Bielsku Podlaskim odbyła się w lipcu 2003 r., czyli prawie rok po postawieniu zarzutów Karpowi.
Przez ten czas dyrektor OSW próbował normalnie pracować. Szybko się jednak okazało, że ludzie z kręgów lewicowych nie chcą go znać.
– Jak się pan oczyści, to porozmawiamy – słyszał. Mimo to Karp znalazł wiele osób, które miały świadczyć w sądzie na jego korzyść. Oświadczenia potwierdzające jego zeznania złożyli m.in.: Jerzy Buzek, Stanisław Ciosek, Janusz Steinhoff, Andrzej Komorowski. Karp przedstawił też pozytywne rekomendacje na swój temat od: Jana Rokity, Andrzeja Olechowskiego, Marka Siwca, Władysława Bartoszewskiego. Ale prezentacja tych dokumentów miała dopiero nastąpić. Dla środowisk związanych z rządem Leszka Millera Karp był po prostu oskarżonym – choć oskarżonym o wielkiej władzy. Kierował przecież jednostką zajmującą się „białym wywiadem”! Nic dziwnego, że pojawiły się naciski, by Karp zrezygnował ze stanowiska dyrektora ośrodka. Najpierw sugerowano to samemu zainteresowanemu. Potem zwrócono się do jego przełożonych. Na początku 2004 r. Karp spotkał się z Jerzym Hausnerem, ówczesnym ministrem gospodarki.
– Przyznaję, że były osoby, które starały się mi uzmysłowić istnienie, ich zdaniem, problemu – mówi Jerzy Hausner. – Po rozpoznaniu problemów wspólnie z panem Karpem podjąłem decyzję o tym, że dokonamy zmiany na stanowisku dyrektora i że na tym stanowisku znajdzie się zaproponowana przez niego osoba. Przy czym to była jego decyzja -– on sam uznał, że bezpieczniej dla ośrodka będzie zaproponować takie rozwiązanie. I dodaje: – Nie czułem się pod presją. Choć owszem, były osoby, które przyszły i mówiły: jest taki problem, zastanów się, co z tym zrobić.
Czuł, że coś mu grozi!
Karp zrezygnował z kierowania ośrodkiem. Nowy dyrektor OSW Jacek Cichocki był jednak „jego człowiekiem”, a Karp został szarą eminencją ośrodka i miał ogromny wpływ na jego działalność. Nadal więc przeszkadzał. Komu? Nasi informatorzy wskazują różne środowiska: służby specjalne, osoby związane z rządem Leszka Millera, czy szerzej: z polską lewicą.
Niezależnie od tego, kto był zainteresowany „utrąceniem” Karpa z życia publicznego, jedno jest pewne: na początku 2004 r. stało się jasne, że dotychczasowe zabiegi nie przyniosły spodziewanych rezultatów. Nie pomogło nawet nagłośnienie sprawy karnej Karpa – artykuł na ten temat w maju 2004 r. opublikowała lewicowa „Trybuna”. Gazeta wykorzystała ten fakt do tego, by zaatakować Platformę Obywatelską, której doradzał Karp. Publikacja nie zszokowała jednak nikogo, bo doradca nie ukrywał swoich problemów.
-– Po ukazaniu się artykułu Marek postanowił zmienić taktykę. „Teraz sam zacznę nagłaśniać całą sprawę i ujawnię, co się za nią kryje” – powiedział – opowiada nasz informator.
Kilka tygodni później Karp zaczął się bać o swoje życie. Mówił o tym m.in. posłowi Zbigniewowi Wassermannowi z PiS-u, członkowi sejmowej komisji śledczej ds. PKN Orlen.
– Myślałem, że jest to związane z jego kłopotami z prawem. Tym bardziej że oczekiwał ode mnie jakiejś pomocy, ale nic nie mogłem tu zrobić – opowiadał Wassermann dziennikarzom „Gazety Wyborczej” już po śmierci Karpa. O poczuciu zagrożenia słyszeli też przyjaciele Karpa, jego współpracownicy i prawnicy, z którymi się kontaktował.
– Nie traktowaliśmy tego zbyt poważnie – przyznają dzisiaj.
To nie był wypadek?!
Po wypadku w Białej Podlaskiej Karp z rozległymi uszkodzeniami ciała trafił do najbliższego szpitala, potem przewieziono go do Warszawy.
– Pierwsze zdanie, które od niego usłyszałem w szpitalu, brzmiało: to nie był wypadek – opowiada jego przyjaciel. – Nie chciał jednak mówić o tym, kto miał być sprawcą zamachu. Starał się nas chronić, więc milczał.
Karp miał złamane obie nogi i kręgosłup, do tego urazy brzucha. Przeszedł dwie operacje, planowano trzecią. Jednak kiedy odzyskał przytomność, mógł ruszać nogami, więc zrezygnowano z kolejnego zabiegu. Kilkanaście dni później okazało się, że były dyrektor OSW ma szansę wrócić do zdrowia. Nawet lekarzy zaskakiwało, jak szybko dochodził do siebie. Niecały miesiąc po wypadku pozwolono mu wstawać. Karp był zadowolony, planował, co będzie robić na zwolnieniu. 12 września po południu rozmawiał z żoną przez telefon. Był spokojny, na nic się nie skarżył. Godzinę później już nie żył. Zator płucny – orzekli lekarze. Prawdopodobnie jakiś skrzep krwi oderwał się od żyły w chorej nodze i zablokował dopływ krwi do płuc.
– Z całą pewnością nie można mówić o jakimkolwiek błędzie lekarskim w szpitalu w Warszawie. Uzyskaliśmy opinie biegłych, z których wynika, że akcja ratunkowa była prowadzona zgodnie ze wszelkimi wskazaniami – podkreśla Andrzej Jeżyński, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Lublinie. Inaczej sprawę oceniły ogólnopolskie media. Szybko wykryły, że Karp za dużo wiedział i z tego powodu mógł być niebezpieczny dla niektórych środowisk. Wskazywano na aferę paliwową, postępowanie prowadzone przez komisję śledczą ds. PKN Orlen, a nawet mafię ze Wschodu.
– Marek twierdził, że wypadek spowodowali „nasi”. Wykluczył Rosję i inne kraje wschodnie. Był przekonany, że w całej sprawie maczały palce polskie służby specjalne – opowiada nasz informator. Takiej wersji Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego zaprzeczała jednak wielokrotnie. Wersji o zamachu nie zdołali udowodnić także lubelscy prokuratorzy zajmujący się tą sprawą.
– Sprawdzaliśmy informacje, które mogłyby wskazywać, że nie był to wypadek, tylko jakaś inna, bardziej sensacyjna sytuacja. Dowodów świadczących o tym nie zgromadziliśmy. Ale czym innym jest wyciąganie wniosków z sytuacji przed śmiercią pana Karpa, a czym innym to, co my mamy w aktach – podkreśla Jeżyński. – Oskarżyliśmy natomiast białoruskiego kierowcę TIR-a o spowodowanie wypadku drogowego ze skutkiem śmiertelnym.
Anna Mierzyńska
|