BIAŁORUŚ
Wiadomości

Prawa człowieka

ZBiR

Geografia

Kultura

Polityka

Sprawy Graniczne

Niezbędne Informacje

Katalog WWW
GOSPODARKA
Nowości gospodarcze

Artykuły

Katalog firm

MNIEJSZOŚĆ BIAŁORUSKA W POLSCE
Organizacje

Samorząd

Polityka

Oświata

Kultura

Książki

Historia

Polscy Białorusini
Kursy walut
więcej
Głosowanie
Pogoda

PRENUMERATA

jeżeli chcesz otrzymywać
wiadomości pocztą
od 10-07-2001 odwiedziło nas hit counter script osób
Kliknij i zacznij korzystać z nowego serwisu Bialorus.pl
2005-04-15 11:18:41  [ NOWE ]
Janusz Korbel: Po co dwujęzyczne nazwy miejscowości? więcej
Czasopis 2005-04-15
Ponieważ jestem przeciwnikiem wszelkich nacjonalizmów, ksenofobii, podziałów na „swój – obcy”, wręcz organicznie się buntuję przeciw „dumom narodowym” i wszelkim w ogóle dumom, dlatego popieram inicjatywę Towarzystwa Ochrony Krajobrazu wprowadzenia dwujęzycznych nazw miejscowości w regionie Puszczy Białowieskiej. Spróbuję wyjaśnić, dlaczego czasami duma narodowa jest jednak niezbędna, żeby budować kulturę bogatą a społeczeństwo bez lęku i otwarte.

Ego indywidualne i ego grupowe czasem nazywane dumą, jest przyczyną poczucia oddzielenia, ułatwia postrzeganie „innych” jako gorszych, a w skrajnych przypadkach jako „wroga”. Jednak żadne dziecko nie rozwinie się w zintegrowanego osobowościowo, silnego dorosłego człowieka, jeżeli w pewnym momencie swojego życia nie zbuduje mocnego ego – poczucia siebie-ja. Później będzie potrzebowało przekroczyć ten krępujący w dorosłym życiu egotyzm, by rozwinąć inteligencję emocjonalną i ewentualnie poszerzać swoje ja, obejmując nim innych, także otaczający świat. Podobny proces może dotyczyć narodu. Filozofia sformułowana w XX wieku, zwana ekologią głęboką, na tym właśnie się opiera: w pełni dojrzały, silny człowiek postrzega nie tylko innych ludzi, ale także lasy, rzeki i góry, zwierzęta i rośliny jako część swojego osobistego „ja”. Dlatego swoje relacje ze światem kształtuje w harmonii, bo nie będzie eksploatował własnej Osoby. Na pewnym etapie rozwoju ograniczone ego jest jednak niezbędne. W przeciwnym razie jednostka będzie odczuwała paraliżujące poczucie winy, niemoc, może wytworzyć w sobie osobowość niewolnika i łatwo będzie ulegała wszelkim ideologiom i fanatyzmom (podobnie społeczności). Dorastające w sprzyjających okolicznościach społecznych dziecko buduje swoją silną osobowość, by potem móc ją przekroczyć stając się osobą empatyczną i wolną od podziałów świata na „swój – obcy”. Podobnie współcześnie naród: najpierw musi zbudować własną tożsamość na tyle silną, żeby móc rozwinąć mechanizmy demokratyczne, które zapewnią tolerancję, ustanowią bariery dla dyktatorów, pozwolą otwierać się na „innych” i wzbogacać kulturowo. Z czasem pojęcie narodu może się okazać nawet niepotrzebne a bioregionalizm (o którym później) może zastąpić etniczne podziały. To obraz idealny – w praktyce egoizm indywidualistyczny, ksenofobia, nacjonalizm, wszelkie egotyzmy grupowe a nawet faszystowskie mają się dzisiaj całkiem dobrze. Sprzyjają im lansowane poczucia grupowych czy regionalnych tożsamości począwszy od modelu zatomizowanej rodziny a na modelu zatomizowanego narodu, który nadaje sobie prawa decydowania o losie innych narodów (w imię ich dobra oczywiście). Upraszczając: dzisiaj branie jest ważniejsze od dawania, wzrost (nazywany eufemistycznie rozwojem) jest ważniejszy od harmonii, konkurencja od współpracy.

Wróćmy do nazw dwujęzycznych miejscowości na Podlasiu. Hajnówka spełnia kryteria, by używać w nazwach języka białoruskiego. Odczuwam kilka powodów, dla których byłoby dobrze z tej sposobności skorzystać. Po pierwsze, przyjeżdżający otrzymywaliby jednoznaczną, czytelną informację, że mieszkający tutaj ludzie w znacznej części mają nieco inną kulturę i posługują się nieco innym językiem. To uczy tolerancji – Białorusin to nie jakiś typ ukrywający się po lasach, ale mieszkaniec regionu podziwianego także za urocze wsie, architekturę wyróżniającą region, gościnność... Przeciętny turysta z Wrocławia, Łodzi czy Szczecina w ogóle nie wie, że mogą tutaj mieszkać ludzie mający inną kulturę. Po drugie, to krok w stronę zbudowania, a może odbudowania, własnej tożsamości, tym ważniejszy, że w sąsiednim państwie, noszącym nazwę Białoruś, język białoruski jest zastępowany rosyjskim a przywódca jest uważany za ostatniego dyktatora Europy. Polskie tereny zamieszkałe przez Białorusinów mogą się stać naturalnym zapleczem demokratycznych sił dążących do przekształcenia Białorusi w nowoczesne, demokratyczne, otwarte państwo. Daje to również szansę na współpracę Białorusinów z Polakami, bo ideą UE jest nie tylko porozumienie handlowe, ale także dążenie do budowania coraz bardziej demokratycznych, tolerancyjnych i otwartych struktur, w których rola państwa się zmniejsza na rzecz poszerzania „ego narodowego” czy coraz bardziej „regionalnego”. Jeśli Białoruś ma się przyłączyć do tej drogi, dzisiaj właśnie na „polskiej Białorusi” mogłyby się rozwijać procesy budowania nowoczesnej demokracji w poczuciu tożsamości narodowej. Klarowna identyfikacja jest ku temu niezbędna. W imię późniejszego zacierania podziałów i różnic, dzisiaj trzeba zbudować to „ego dziecka”. Po trzecie – to już ostatnia chwila, żeby ratować od zapomnienia język, którym mówili rodzice i dziadkowie. Globalizacja niesie zagładę lokalnym językom. Być może jest to nieuchronny proces. Pomieszanie języków jakim Bóg ukarał budujących wieżę Babel za ich pychę może ulega już likwidacji? Może Bóg cofa karę? Izolacja językowa jest rzeczywiście karą straszną w świecie globalnym. Nieznając języków światowych można co prawda mówić pięknie, ale przy okazji można tkwić w przesądach, które już dawno gdzieś legły w gruzach. A ponieważ Ziemia stała się siecią wzajemnych powiązań, za przesądy można zapłacić srogą cenę. Pisałem w młodości pracę naukową o wpływie wschodniej sztuki na zachodnią architekturę. Pamiętam czasy, kiedy w polskich księgarniach można było studiować chińskie teksty źródłowe wyłącznie z książek radzieckich autorów. Kiedy potem w Ameryce czytałem tłumaczenia tych samych tekstów na angielski, dokonane przez chińskich naukowców pracujących w Stanach, odkryłem, że znałem całkowicie zafałszowany obraz! Poleganie na wiedzy z drugiej, a często i trzeciej ręki prowadzi na manowce, dlatego tak chętnie jest stosowane w systemach totalitarnych. Wprowadzenie grażdanki przez Piotra Wielkiego zamknęło ogromny obszar przed wpływami kultury zachodniej i przed dopływem wielkiej ilości informacji. A jednak jestem zwolennikiem zachowania języków lokalnych dopóki można. Różnorodność zawsze wzbogaca. Sentymenty i nostalgia są uczuciami, w które wyposażyła nas ewolucja dla ochrony przed unifikacją. Zdrowy ekosystem to ekosystem bogaty w gatunki i różnorodność. To samo dotyczy sfery kultury. Równi, zunifikowani ludzie byli tylko w ideach komunistycznych. Dzisiaj musimy zarówno być otwarci i globalni, jak też chronić lokalności.

Z pojęciem narodu mam osobisty problem. Chociaż jestem Polakiem, to jednak w moich żyłach płynie krew także francuska, rusińska, słowacka, niemiecka a może i innych narodowości, o których nie wiem. Jak wspomniałem na początku eseju, nie podoba mi się termin „naród” i „duma narodowa”. Jestem pewien, że na ziemi żyją miliony ludzi, którzy nie czują żadnej dumy narodowej. Czy są kimś gorszym? A może należy się ich mniej obawiać, bo niechętnie pójdą na wojnę? Ludzie zabijali w poczuciu dumy narodowej chyba zaraz po poczuciu przynależności religijnej. Słuchałem w radio Włodzimierza Pawluczuka, jak mówił o problemie mowy w Cerkwi. Mowy polska i rosyjska wykształciły się w średniowieczu i w tych językach powstawały niezliczone opisy „kanoniczne”, przynależne obu kulturom. Polska Biblia, tłumaczona przez ks. Jakóba Wujka, pochodzi z XVI w. Oba kościoły spełniały również rolę rusyfikacyjną i polonizacyjną – przynajmniej jeśli chodzi o język i w konsekwencji krąg kulturowy. „Tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem, Polska jest Polską a Polak Polakiem” – oczywiście nie chodziło o krzyż z dodatkową poprzeczką. Wbrew temu ograniczającemu i dzielącemu zdaniu, czuję się Polakiem. Jak mówił Pawluczuk, mowy ukraińska, białoruska, chorwacka i kilka innych ukształtowały się w wersji literackiej dopiero w pierwszej połowie XIX wieku z lokalnych gwar. Nie mają więc literatury kościelnej. I rodzi się problem: w jakim języku powinno się słuchać nabożeństwa w polskiej cerkwi? Przecież nie po polsku, ale czy w obcym rosyjskim, pamiętając trudną historię z Rosją Białorusinów i Polaków?

Z narodem jest wielki problem, bo z jednej strony staje się powoli przeżytkiem, jest wielu ludzi „obywateli świata”, znam wspaniałe związki między ludźmi różnych narodowości żyjących w jeszcze innym kraju i na dodatek opiekujących się wartościami tego kraju, z drugiej zaś obserwujemy odradzanie się lokalnych ruchów narodowych, nawet tam, gdzie do tej pory nikt o narodzie nie myślał (Ślązacy!). Często towarzyszy temu mnóstwo przemocy i krwi (Bałkany, Irlandia, Hiszpania, Bliski Wschód, Pakistan, Sri Lanka). Właściwie zawsze mamy wówczas do czynienia albo z rozdrapywaniem ran historii, albo z syndromem niedostatków demokracji – jakieś grupy nie czują się należycie reprezentowane w ramach państwa, nie czują się u siebie i chcą wziąć sprawy w swoje ręce. To silny argument dla władz obszarów pogranicza za pełną otwartością na każdą grupę mniejszościową i zapewnienie jej swobód w używaniu także języka. Ale co to jest naród? Trybunał europejski odmówił Ślązakom prawa do nazywania się narodem. Widocznie zadeklarowane poczucie wspólnej świadomości narodowej nie wystarczyło. Mówi się o ideologii narodowej, ale tego się boję. Ideologie zrodziły dość demonów. Mity wspólnego, lepszego pochodzenia, wspólnej krwi, jednego języka, wyższej kultury, lepszej historii czy nawet misji jakiegoś narodu prowadzą do coraz większych podziałów. Naród bywa hermetyczny, bo jak mówią rzecznicy czystości narodowej, nie wybiera się go – obcym „zakaz wstępu”. Tożsamość, która wyrasta z pozbawienia członków wspólnoty wolnego wyboru, ma jednak odcień pejoratywny. Czasami ta wspólnota to wspólnota poddanych jednemu władcy i z tej perspektywy wydaje się też ograniczająca i negatywna. Narody bywają także wieloetniczne, a tym samym językiem mogą się posługiwać narody wręcz wrogie wobec siebie. A co ze Szwajcarami, którzy posługują się trzema różnymi językami? Są nawet narody bez terytorium i bez państwa, a tragicznie jest wtedy, kiedy kilka narodów to samo terytorium uznaje za swoje (Żydzi i Palestyńczycy, Tutsi i Hutu)! I jaki pożytek z narodu? Wolę o tym nie myśleć. Kiedy przeczytałem w mądrej książce, że historycznie rzecz ujmując narody wcale nie istniały „od zawsze”, lecz są zupełnie nowym zjawiskiem, pomyślałem, że prawdziwym skarbem, który trzeba chronić, są kulturowe formy wspólnot etnicznych, czyli krajobraz kulturowy i przyrodniczy, a nie ideologie.

Prawicowe katolickie środowiska polskie nie chcą pozwolić, żeby w Polsce osiedlali się Niemcy, Holendrzy, Francuzi – bo prowadzi to do wynarodowienia, do utraty ojczyzny powiadają. Niektórzy politycy białoruscy podobnie przestrzegają przed osiedlaniem się na Podlasiu Polaków i przed ochroną przyrody, która przyciągnie „obcych” („Obcy nie będą nam tu niczego dyktować!”). Myślenie o czystości etnicznej przypomina różne niedobre eksperymenty ludzkości, a u ich podłoża leży zawsze lęk. Lęk jest najbardziej niszczącym uczuciem. Narodowe lęki upodabniają do siebie czasami zupełnie przeciwne środowiska. Wszechpolacy na licznych wiecach i ulicznych burdach protestowali przeciw wejściu Polski do Unii Europejskiej. Z kolei na manifestacji przeciw powiększeniu parku narodowego w Białowieży białoruscy uczestnicy rzucali jajkami pod transparentem „Unijni judasze precz!”. Na przeciwległym biegunie są zwolennicy filozofii przyrody. Bioregionaliści uważają, że przyszłością ziemi i regionów jest zamieszkiwanie tych ostatnich przez ludność nie odwołującą się do żadnej dumy narodowej czy czystości etnicznej, lecz przez ludzi, którzy sami te regiony wybrali, bo je kochają i chcą na ich rzecz pracować. Często wcale nie są to tubylcy, bywa nawet, że ludzie mówiący zupełnie obcymi językami. W Ameryce, Europie, a także w Polsce odwoływanie się do wartości miejscowej przyrody, geografii i kultury zaowocowało nowym regionalizmem z udziałem mieszanki etnicznej (przykład ośrodka Gardzienice, Pogranicze z Sejn, Stacja Wolimierz i wiele innych, nie wspominając historycznej roli krakowskiej inteligencji, która uchroniła od zapomnienia, a po części stworzyła regionalizm podhalański). Być może to jedyna droga w świecie otwartych granic, bo inną alternatywą jest dyktat rynku, liczący się tylko z tym, co przynosi maksymalne zyski. Pierwszym krokiem w kierunku bioregionalizmu jest zachowanie miejscowej przyrody i miejscowej kultury, języka, nazw. To wyraz szacunku dla ludzi i odrzucenie lęków i fobii płynących z własnej uzurpacji lub zachłanności.

Janusz Korbel, Czasopis 04/2005
2005-04-14 12:33:17  [ NOWE ]
Okradani z ziemi więcej
Czasopis 2005-04-14
Masowe przesiedlenia, wymuszone poczynaniami polityków, są z gruntu rzeczy niesprawiedliwe. Przynoszą one wymierne straty, powodując ubytek ludności. W przypadku Białostocczyzny, emigracja w okresie tużpowojennym ponad 35 tysięcy Białorusinów, spowodowała w zachodnich gminach powiatu bielskiego, białostockiego i na Sokólszczyźnie nieodwracalne zmiany w stosunkach narodowościowych. A że wyjazdy białoruskich mieszkańców Białostocczyzny do Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich odbywały się pod wpływem terroru bojówek polskiego podziemia, to zastraszenie świadków tamtych wydarzeń, którzy pozostali na miejscu, jest cały czas zauważalne.

Białorusini, wyjeżdżając, opuszczali całe gospodarstwa: grunty rolne, łąki, lasy oraz domy, stodoły, obory. Mimo że na miejscu pozostawali ich krewni, to te grunta i zabudowania władze przejmowały na Skarb Państwa. Prowadzona też była polityka osiedlania na tych gospodarstwach przesiedleńców, którzy jako Polacy przyjechali ze Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. W warunkach głodu ziemi osadzanie obcej ludności w białoruskich wsiach wzniecało konflikty, ale o to chyba chodziło ówczesnej „władzy ludowej”.

Pod koniec lat czterdziestych i na początku pięćdziesiątych w „Białostockim Dzienniku Wojewódzkim” władze powiatów białostockiego, bielskiego i sokólskiego opublikowały setki, jeżeli nie tysiące, nazwisk Białorusinów, którzy wyjechali po wojnie do ZSRR, zostawiając swoje gospodarstwa rolne. W zasadzie żadni emigranci, już po dotarciu na miejsce przeznaczenia, nie otrzymali od władz radzieckich rekompensaty za pozostawioną w Polsce ojcowiznę.

Takie postępowanie administracji, polegające w gruncie rzeczy na konfiskacie ziemi, obecnie, kiedy mamy odpowiednie przepisy, zawarte w ustawie o mniejszościach narodowych i etnicznych, byłoby niemożliwe. Chodzi konkretnie o art. 5 ustęp 2, który wyraźnie stwierdza: „Zabrania się stosowania środków mających na celu zmianę proporcji narodowościowych lub etnicznych na obszarach zamieszkałych przez mniejszość”. Z tej perspektywy możemy ocenić umowę o wymianie ludności białoruskiej i polskiej, zawartą 9 września 1944 r. między Rzeczpospolitą Polską a Białoruską Socjalistyczną Republiką Radziecką, jako nieludzkie porozumienie polityków, skierowane przeciwko Białorusinom od niepamiętnych czasów zamieszkujących Białostocczyznę.

Niestety, nie wszystkie przepisy obowiązujące w Polsce są dostosowane do ustaleń ujętych w ustawie o mniejszościach narodowych. Pokazał to konflikt mieszkańców podbielskich wsi Haćki i Rajsk z Agencją Własności Rolnej Skarbu Państwa. Otóż ta rządowa agenda chciała sprzedać grunta z Haciek i Rajska, które po wojnie trafiły w różny sposób we władanie Skarbu Państwa, a wśród nich także pozostawione przez białoruskich powojennych przesiedleńców do ZSRR, osobom spoza tych wsi. Obecnie możemy wyraźnie stwierdzić, że jest to jawne pogwałcenie ustawowych zapisów. Czy jednak nowe prawo o mniejszościach narodowych wyeliminuje dyskryminację białoruskich rolników na Białostocczyźnie?

Poniżej publikujemy jedno z orzeczeń władz powiatowych w Bielsku Podlaskim o przejęciu przez Skarb Państwa pobiałoruskich gospodarstw we wsi Proniewicze (sąsiadującej ze wspomnianą wsią Haćki). Warto zwrócić uwagę na wielkość gospodarstw, sięgających 10 ha gruntów, co wskazuje, że wyjeżdżali nie tylko najbiedniejsi rolnicy. Temat przesiedleń ludności białoruskiej z Białostocczyzny do ZSRR czeka jeszcze na swego historyka. A jak można wnosić, konsekwencje tej migracji sięgają do naszych czasów.

Sławomir Iwaniuk


Poniższy dokument pochodzi z „Białostockiego Dziennika Wojewódzkiego” z 1949 r. (nr 4, poz. 21).

Orzeczenie Starosty Powiatowego Bielsko-Podlaskiego z dnia 30 stycznia 1949 r.
w sprawie przejścia na własność Państwa mienia pozostałego po osobach przesiedlonych do ZSRR,
położonego na terenie gminy Bielsk Podlaski.

Na zasadzie art. 1 i 3 dekretu z dnia 5 września 1947 r. o przejściu na własność Państwa mienia pozostałego po osobach przesiedlonych do ZSRR (Dz.U. R.P. Nr 59, poz. 318) oraz §§ 1, 2 i 5 rozporządzenia Ministra Administracji Publicznej w sprawie trybu orzekania o przejściu na własność Państwa mienia pozostałego po osobach przesiedlonych do ZSRR (Dz.U. R.P. Nr 37, poz. 271) oraz art. 1 dekretu z dnia 12 sierpnia 1946 r. o zespoleniu urzędów ziemskich z władzami administracji ogólnej (Dz.U. R.P. Nr 43, poz. 248) — orzekam, że mienie następujących osób przesiedlonych do ZSRR położone na terenie gminy Bielsk-Podlaski, pow. bielsko-podlaski, a mianowicie: we wsi Proniewicze

1. Koryckiego Szymona s. Daniela,

2. Sawickiego Andrzeja s. Szymona,

3. Dąbrowskiego Aleksandra s. Pimona,

4. Niczyporuk Piotra s. Zachara,

5. Niczyporuk Aleksandra s. Zachara,

6. Antoniuka Gleby,

ad 1. nieruchomość ziemska, nie mająca urządzonej księgi wieczystej, składająca się z 3,5565 ha użytków rolnych;

ad 2. nieruchomość ziemska, nie mająca urządzonej księgi wieczystej, składająca się z 0,4325 ha użytków rolnych;

ad 3. nieruchomość ziemska, nie mająca urządzonej księgi wieczystej, składająca się z 7,2962 ha użytków rolnych;

ad 4. nieruchomość ziemska, nie mająca urządzonej księgi wieczystej, składająca się z 10,0899 ha użytków rolnych, domu mieszkalnego o wymiarze 4,5x7x2 m i obory o wymiarze 4,5x10,5x2 m;

ad 5. nieruchomość ziemska, nie mająca urządzonej księgi wieczystej, składająca się z 9,7063 ha użytków rolnych, domu mieszkalnego o 1 izbie, o wymiarze 6x11x2,5 m, stodoły o wymiarze 6,4x14x2,5 m i obory o wymiarze 6x9x2,5 m;

ad 6. nieruchomość ziemska, nie mająca urządzonej księgi wieczystej, składająca się z 4,4338 ha użytków rolnych i domu mieszkalnego o 1 izbie, o wymiarze 11,4x4,2 m;

przeszły na własność Państwa z dniem 1 lipca 1946 r. wraz ze wszystkimi przynależnościami, jak również prawami przysługującymi ich właścicielom.

Od powyższego orzeczenia przysługuje prawo odwołania do Wojewody Białostockiego w terminie 14-dniowym, licząc od dnia 30-go po dniu wydania Białostockiego Dziennika Wojewódzkiego, w którym zawarte jest ogłoszenie orzeczenia. Odwołanie winno być złożone za pośrednictwem Starostwa Powiatowego Bielsko-Podlaskiego.

Osobom, roszczącym prawo własności do mienia objętego orzeczeniem, przysługuje również prawo wystąpienia do sądu o uznanie prawa własności.

Z polecenia Starosty Powiatowego Wł. Białynicki Kierownik referatu rolnictwa i reform rolnych
2005-04-01 11:23:40  [ NOWE ]
Plakat i afisz białoruski w Polsce w latach 1981-2004 więcej
Czasopis 2005-04-01
Plakaty i afisze białoruskie, tworzone od 1981 r. na Białostocczyźnie, ale także w Warszawie, Gdańsku, Olsztynie, są dowodem rozwoju życia politycznego, kulturalnego, oświatowego, a nawet naukowego białoruskiej mniejszości narodowej w Polsce. Ukazują one głównie zaistniałe wydarzenia, ale świadczą także o szerokim kręgu twórców zajmujących się tego rodzaju sztuką, chociaż w wielu przypadkach twórczość ta stawała się bardzo użytkową, w zasadzie bez wartości artystycznych.

Prezentowana kolekcja plakatów i afiszy charakteryzuje się wielką różnorodnością przekazywanych treści, ich wyrazu, a także ze względu na format. Specyficzna sytuacja lat osiemdziesiątych, a przede wszystkim pewne ograniczenia druku powodowały, że przy różnych okazjach ukazywały się dokumenty bardzo ascetyczne, których oryginał sporządzano na maszynie do pisania. Jako przykład może tu służyć afisz: „ZAŁATAJA WOSIEŃ ‘81” z 1981 r.

Na przestrzeni ponad dwudziestu lat, bardzo burzliwego i zmiennego okresu dziejów najnowszych, afisze i plakaty przeszły wielką ewolucję – od zwyczajnej, powielaczowej „bibuły” do dzieł artystycznych, wydawanych na profesjonalnych maszynach drukarskich. A w latach dziewięćdziesiątych wydawcy zaczęli coraz częściej wykorzystywać powielanie na kserokopiarkach oraz druk z komputerowych drukarek laserowych.

Chronologicznie prezentowaną kolekcję otwierają afisze imprez turystycznych, organizowanych w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych przez środowisko studenckie z Warszawy. W dekadzie lat osiemdziesiątych ukazało się także kilka afiszy o imprezach kulturalnych i anonsujących I Walne Zgromadzenie Białoruskiego Zrzeszenia Studentów w grudniu 1988 r. Jednakże wytworzono wówczas jedynie niecałe 10% omawianej dokumentacji, a pozostała ilość powstała już w następnym dziesięcioleciu i na początku nowego XXI wieku. Tak duża dysproporcja ukazuje, jak różne były to okresy w życiu białoruskiej mniejszości narodowej.

Prezentowany zbiór stanowi ok. 30% wszystkich afiszy i plakatów, które powstały w latach 1981-2004 w Polsce i dotyczyły tematyki białoruskiej. Niestety, w zgromadzonej kolekcji brak jest afiszy i plakatów wydanych przez BTSK w dekadzie lat osiemdziesiątych, co należy łączyć z tym, że takowe wówczas najprawdopodobniej nie powstawały, lub też są skryte gdzieś wśród nieuporządkowanej dokumentacji zgromadzonej w siedzibie władz tej organizacji w Białymstoku.

Przełomowym momentem w historii białoruskiego plakatu i afisza w Polsce były wybory do Sejmu i Senatu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, które odbyły się w czerwcu 1989 r. Po raz pierwszy od chwili zakończenia II wojny światowej społeczność białoruska wystawiła swoich kandydatów do najwyższych władz w kraju. Wschodnia Białostocczyzna, czyli tam gdzie zamieszkiwali Białorusini, została oblepiona plakatami w narodowych biało-czerwono-białych barwach: „BIAŁORUSINI GŁOSUJCIE NA KANDYDATÓW BIAŁORUSKIEGO KOMITETU WYBORCZEGO” i „BIAŁORUSINI! O NASZYCH SPRAWACH BĘDZIEMY MÓWIĆ SAMI SOKRAT JANOWICZ”. Wydawcą tych plakatów był Białoruski Komitet Wyborczy, który skupił wszystkich czołowych działaczy wspierających kandydatury Sokrata Janowicza na senatora i Eugeniusza Mironowicza na posła. Pomimo, że te wybitne osobistości nie dostały się do Parlamentu, to jednak kampania przedwyborcza i uzyskane wyniki silnie zaakcentowały białoruską siłę polityczną na Białostocczyźnie. Przełamana została bariera izolująca białoruską mniejszość narodową od publicznego życia społeczeństwa, który to stan tzw. „władza ludowa” utrzymywała przez długie dziesięciolecia. Akcja plakatowa z połowy 1989 r. znacząco przyczyniła się do wyniesienia problemu białoruskiego na forum polityczne i w następnym roku utworzono Białoruskie Zjednoczenie Demokratyczne – pierwszą w Polsce partię polityczną mniejszości narodowych.

Weryfikacja poglądów politycznych Białorusinów dokonywała się podczas kolejnych wyborów, w których aktywny udział brały białoruskie komitety wyborcze, pozostawiając po swojej działalności także dokumentację w postaci afiszy i plakatów. Bardzo oryginalne plakaty wydał w 1990 r. komitet wyborczy Rady Terytorialnej BZD w Gródku z hasłami: „ty + ja = BDA”, „tra-la-la tra-la-la nasza partia BDA” i „tolki ryby hołasu nie majuć”. Ich autorem był Leon Tarasewicz.

Zdecydowanie największa grupa afiszy i plakatów jest związana z działalnością kulturalną poszczególnych organizacji białoruskich. Już w końcu 1988 r. przedstawiciele środowisk akademickich zrejestrowali Białoruskie Zrzeszenie Studentów. Stowarzyszenie to organizując swoje imprezy, takie jak: otrzęsiny studentów pierwszego roku, Kupalle, Basowiszcza, a także doraźne koncerty, anonsowało publicznie te przedsięwzięcia na afiszach i plakatach. Bardzo interesujące plakaty powstawały przy okazji Festiwalu Muzyki Młodej Białorusi Basowiszcza (organizowanym w Gródku), których autorami były między innymi osoby znane w ogólnokrajowym środowisku polskich plastyków: Leon Tarasewicz i Małgorzata Dmitruk.

W pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych powstało jeszcze kilka organizacji, które stały się wydawcami afiszy i plakatów: Związek Młodzieży Białoruskiej (1992 r.), Związek Białoruski w Rzeczypospolitej Polskiej (1992 r.), Białoruskie Towarzystwo Historyczne (1994 r.). W szczególności należy odnotować twórczą działalność tego pierwszego stowarzyszenia i firmowane przez nie plakaty zapowiadające jedyny w swoim rodzaju festiwal piosenki autorskiej „Jesień Bardów” – organizowany od 1994 r. w Bielsku Podlaskim. Do tego należy wymienić serię plakatów z Kupalla w Narwi z lat 1998-2001, które wyróżniają się swoją czarną kolorystyką, oddającą tajemniczość nocy kupalnej.

Najsłabiej w opisywanej kolekcji reprezentowane są afisze i plakaty Zarządu Głównego BTSK, chociaż stowarzyszenie to było w latach dziewięćdziesiątych jednym z bardziej aktywnych w organizowaniu masowych imprez kulturalnych. Takie przedsięwzięcia, jak: Ogólnopolski Festiwal „Piosenka Białoruska” (w lutym 2001 r. odbyła się ósma edycja), Święto Kultury Białoruskiej w Białymstoku (organizowane rokrocznie w czerwcu), Kupalle w Białowieży (organizowane rokrocznie na początku lipca) oraz białoruskie festyny ludowe (organizowane rokrocznie w kilkudziesięciu miejscowościach na Białostocczyźnie w okresie letnim), były najczęściej anonsowane na afiszach formatu 64,0cm x 46,5 cm z napisem: „ZARZĄD GŁÓWNY BIAŁORUSKIEGO TOWARZYSTWA SPOŁECZNO-KULTURALNEGO W BIAŁYMSTOKU ul. Warszawska 11”. Był to w zasadzie drukowany formularz, ozdobiony po brzegach czerwono-białym ornamentem stylizowanego haftu, na którym odręcznie, a pod koniec lat dziewięćdziesiątych także drukiem komputerowym, wypisywano nazwę imprezy, jej miejsce i termin.

Nieliczne imprezy kulturalne były organizowane przez więcej niż jedną organizację białoruską, co znalazło odbicie także w treści tekstów na plakatach. Na przykład w Bielsku Podlaskim w latach dziewięćdziesiątych była sprzyjająca atmosfera do współpracy wszystkich stowarzyszeń białoruskich i imprezę „Spasauskija zapusty” w 1996 r. zorganizowały: Zarząd Oddziału BTSK, Stowarzyszenie Literackie „Białowieża”, BZS, ZMB i Skansen w Studziwodach.

Wydawcami afiszy i plakatów z imprez białoruskich, obok organizacji białoruskich, były też trzy instytucje samorządu terytorialnego, a mianowicie: Bielski Dom Kultury, Gródecki Dom Kultury i Hajnowski Dom Kultury. Placówki te organizowały różne przedsięwzięcia kulturalne we współpracy z Zarządem Głównym BTSK lub też jego zarządami oddziałów w Bielsku Podlaskim i Hajnówce.

Tylko nieliczne afisze i plakaty pochodzą od twórców innych niż organizacje białoruskie, np.: „KARTKI STOWARZYSZENIE ARTYSTYCZNE kurier Poranny BAS BIAŁORUSKIE ZRZESZENIE STUDENTÓW zapraszają na koncert Narodny Albom wspólny projekt muzyczny czołowych zespołów białoruskich, inspirowany kulturą pogranicza 12 XII 1999, godz. 19.00 Białostocki Teatr Lalek”, „Katedra Kultury Białoruskiej zaprasza na Czwartki białoruskie konwersatorium interdyscyplinarne 21.12.2000 mgr Sławomir Iwaniuk Białoruski ruch studencki w Polsce 1981-1990”, „Wojewódzki Ośrodek Animacji Kultury w Białymstoku Jerzy Fiedoruk Jolanta Kobzar Oleg Kobzar Piotr Stachwiuk Marek Topolewski Mirosław Zdrajkowski WYSTAWA 22.00 BIAŁYSTOK-MIŃSK 9 LUTY (PIĄTEK) 2001 GODZ. 18.00 SALA RÓŻOWA, WOAK”. Na pewno prezentowane na wystawie przykłady nie wyczerpują całości problemu.

W wydawanych przez organizacje afiszach i plakatach stosowany był język białoruski, ale także w wielu przypadkach język polski. Ten ostatni był używany przede wszystkim w afiszach i plakatach politycznych, a łączyło się to z chęcią dotarcia do jak najszerszej grupy odbiorców – także narodowości polskiej, którzy nie znali języka białoruskiego. Ze sferą działalności politycznej związane było wydawanie plakatów o bardzo małym formacie, niejednokrotnie z zadrukowaną odwrotną stroną, które służyły także jako ulotki. Przykładem może tu być wykorzystanie dużych plakatów, wydanych w 1998 r. przez Komitet Wyborczy „Koalicja Bielska” w Bielsku Podlaskim (współtwórcą były organizacje białoruskie), po ich pocięciu, jako ulotki poszczególnych kandydatów.

Niestety, nie można konkretnie stwierdzić jaki był odbiór społeczny białoruskich plakatów i afiszy, które najczęściej rozpowszechniano na słupach i tablicach ogłoszeniowych. Pewną pośrednią ocenę może stanowić frekwencja na reklamowanych imprezach. Przedsięwzięcia kulturalne, takie jak różnego rodzaju koncerty i występy zespołów białoruskich cieszyły się wśród ludzi wielkim powodzeniem. Jednak patrząc na ten problem z innej strony, można było także zaobserwować niszczenie białoruskich plakatów i afiszy. Przy okazji wyborów należy te zachowania składać na karb walki politycznej, jednakże pojedyncze przypadki wykraczały daleko poza ogólnie występujące w polskim życiu politycznym zachowania. Dotyczyło to bowiem nawet sfery działalności statutowej stowarzyszeń białoruskich. Na afiszu informującym o V Walnym Zgromadzeniu BZS w dn. 19.XII.1992 r., który wisiał na tablicy ogłoszeń na holu budynku przy ul. Liniarskiego (jeszcze wówczas Filii Uniwersytetu Warszawskiego w Białymstoku) ktoś zrobił dopisek o treści: „V KOLUMNA”.

Prezentowana obecnie w Muzeum Kultury Białoruskiej w Hajnówce kolekcja białoruskich plakatów i afiszy, wydanych w Polsce, na pewno jest największą i najpełniej ukazującą tę specyficzną, ale bardzo atrakcyjną i efektowną sferę aktywności białoruskiej mniejszości narodowej. Powstawała na przestrzeni kilkunastu lat i zaczątkiem jej były materiały Archiwum Białoruskiego Zrzeszenia Studentów. Kształtowała się dzięki uprzejmości członków poszczególnych organizacji białoruskich i komitetów wyborczych, a także znajomości osobistych niżej podpisanego z działaczami białoruskimi. Wszystkim, którzy wykazali zrozumienie i wsparli moje hobbistyczne zainteresowania serdecznie dziękuję.

Sławomir Iwaniuk, Czasopis 03/2005
2005-03-31 12:11:46
Jerzy Sulżyk: Dumati po swojomu więcej
Czasopis 2005-03-31
Postulat ocalenia, utrwalenia w piśmie, gwar, którymi posługują się na Podlasiu Białorusini, o czym pisał w poprzednim numerze „Czasopisu” Jan Maksymiuk, odnosi się nie tylko do samego języka. Jest to tak naprawdę próba ratowania tożsamości narodowej i kulturowej dziesiątków tysięcy ludzi.

Aż się dziwię, że do tej pory nie doceniono należycie znaczenia tych gwar dla ratowania (czy budowania) tożsamości narodowej . Sobie też trochę mam to za złe. Że w kwestii języka białoruskiego przyjąłem punkt widzenia stołecznego Białegostoku, który każe uznawać wyższość literackiej mowy nad gwarową. Że literacki białoruski stawia człowieka wyżej w hierarchii patriotycznej niż barbarzyński dialekt wyniesiony z domu.

Pamiętam, że w studenckich czasach, podczas różnych zjazdów i spotkań organizowanych przez BAS, na protokołach i listach zapisywano, że mam na imię Jurka. Po białorusku. Denerwowało mnie to i budziło opory, gdyż ewidentnie trąciło tu sztucznością. Wszyscy mówili bowiem do mnie Jurek – tak zwracała się rodzina, koledzy ze wsi, znajomi ze studiów. Dlaczego więc niby w BAS-ie miałem być Jurka? Jest to pozornie błahostka, ale wskazuje ona na pewien szerszy problem. Chodzi mianowicie o utożsamianie się żyjących na Podlasiu Białorusinów z językiem białoruskim. Że istnieją tu wyraźne dysonanse świadczy kazus ukraiński. Mieszkający na południu Białostocczyzny Białorusini porównując swój domowy język z literackim białoruskim wyciągali logiczny wniosek – to nie nasza mowa. Skoro więc nie mówimy po białorusku (po polsku na pewno nie!), to może nasz język podobny jest do ukraińskiego? I znaleźli się tacy, którzy uznali te podobieństwa za wystarczające, by ogłosić istnienie licznego żywiołu ukraińskiego nad Narwią i Bugiem.

Postawienie wyłącznie na literacką białoruszczyznę w budowaniu tożsamości narodowej, szczególnie w południowych rejonach Białostocczyzny, nie przyniosło przed laty, a i dziś nie przyniesie pozytywnych skutków.

Tylko zachowując w pamięci i używając w zwykłej rozmowie mowy wyniesionej z domu, pozostajemy sobą. A zapominając ją, odrzucając, na rzecz wyuczonego, pięknego, lecz trochę nieznajomo brzmiącego, języka Kupały, chyba jednak coś swojego tracimy. Jeśli bowiem zależy nam na dochowaniu wierności swoim przodkom i nie podcinaniu korzeni własnej kultury, jeśli nie chcemy się spolonizować, musimy pielęgnować wszystko to, co uważamy za swoje. Co rozumiemy i co czujemy. Dopiero mając takie solidne podstawy można robić kolejne kroki.

Do naszych prawosławnych świątyń coraz śmielej wchodzi język polski. To wymóg czasów, rozwoju cywilizacyjnego, w końcu – tak podpowiada zdrowy rozsądek. Skoro, szczególnie w miastach, tak ogromna większość prawosławnych najlepiej mówi po polsku, wybór Cerkwi wydaje się być zasadny. Ale czy logiczny? Jeśli bowiem przed kilkunastu laty do świątyń Bielska, Hajnówki, Siemiatycz, Mielnika itd. szli ludzie, którzy doskonale znali mowę swoich ojców – białoruską gwarę – to dlaczego tam jej wówczas nie pielęgnowano? Nie głoszono kazań „po swojomu”, nie czytano w ten sposób ogłoszeń? Zamiast tego rozbrzmiewał współczesny rosyjski, zmieszany z archaicznym cerkiewno-słowiańskim albo, rzadziej, język polski. Duchowni nawet w kontaktach z wiernymi poza świątynią unikali używania gwary. Do dzieci na lekcjach religii zwracali się po polsku, do dorosłych w owym umownym rosyjskim. Cerkiew nie zainteresowała się wcześniej i dziś też wyraźnie nie zamierza się interesować wprowadzeniem gwary w swojej działalności. A przecież motywacja do jej wprowadzenia jest dokładnie taka sama, jak dziś w wypadku języka polskiego. Chodzi o lepszy kontakt z wiernymi, lepsze zrozumienie przekazywanych treści, a tym samym wzmocnienie więzi wiernych z Cerkwią, a także poszerzenie ich wiedzy o prawosławiu. Obecność gwary w Cerkwi dawałaby jeszcze dodatkowy pozytywny element – silniejszy emocjonalny związek ludzi z Cerkwią, poczucie wspólnoty i odrębności od polskiego, katolickiego żywiołu.

Wędrując przed laty ze studenckim rajdem „Baćkauszczyna” po Podlasiu odwiedziliśmy chyba większość naszych białoruskich wsi i miasteczek. Wzbudzaliśmy sobą sensację, powodowaliśmy ferment, zainteresowanie. Gdy wchodziliśmy do wsi, byliśmy obcymi, gdy następnego dnia wyruszaliśmy dalej, traktowano nas już jak swoich. Wśród studentów bowiem były osoby z różnych rejonów Białostocczyzny i zawsze znajdował się ktoś, kto mówił takim językiem, jak cała wieś. Wystarczyło kilka byle jakich zdań „po swojomu” i pękały lody. Żaden, najlepszy nawet wykład wygłoszonym w literackiej białoruszczyźnie (nie wspominając już o polskim) nie był w stanie zastąpić jednego głupiego zdania „po swojomu”. Znikała nieufność i od razu rodziła się jakaś więź.

Dzisiaj okazuje się, że tam, gdzie ludzie wciąż rozmawiają „po swojomu”, nie tylko nie zanika poczucie białoruskiej tożsamości, ale wręcz następuje jej wzmocnienie. Okolice Bielska i Hajnówki są tego przykładem. A tworzenie i upowszechnianie opinii, że na Podlasiu ostała się tylko garstka inteligencji, która jest świadoma swojej białoruskości, niestety niczemu dobremu nie służy. Może zamiast budowania tej fikcyjnej elity, trzeba się zastanowić, jak doprowadzić do powstania wspólnoty ludzi, którzy „dumajut(ć) po swojomu”.

Jerzy Sulżyk, Czasopis 03/2005
2005-03-30 11:29:44
Tamara Bołdak-Janowska: Kazania Białorusinki więcej
Czasopis 2005-03-30
Powiedziałam poprzednio, że prawosławie to jedyna religia na świecie, która świadomie opiera się na wielkiej sztuce. Teraz coś dopowiem o ikonie, ale z mego kobiecego punktu widzenia – z punktu widzenia tożsamościowego ze względu na płeć. Jeśli przyjmuję za dobrą monetę zdanie z mego snu, a przyjmuję, że duchowość to lochy albo źródła, to ja oczywiście poszukuję w ikonie źródeł, czyli tego, co mnie zbuduje. Lubię ikonę.

Lubię ikonę, bo jest w niej książka – księga otwarta, otwarte zaproszenie do uczestnictwa w pisanej mądrości. Jest w niej chłopiec wtulony w matkę, w żeńską mądrość. Jest w niej kobieta, która nie mieczem, ale nieustępliwą mądrością pokonuje smoka, podczas gdy św. Jerzy łaknie jedynie pośpiesznie smoczej krwi. Jest w niej żeńskie cierpienie – cały ból Jezusa zostaje przeniesiony na Paraskiewę Piatnicę, na Cierpiącą Piątek, na prastarą boginię Ziemię. Jest w niej całująca się para jako symbol Początku (we wczesnej ikonie Zacziatije). Jest w niej człowiek, podróżujący przez życie w kruchej łódeczce, chwiejącej się na dużych, strasznych falach. Jest bosa biedna stopa, której właściciela nie stać na buty. Jest samotność z wyboru – zamyślona. Jest ubogość – z wyboru – skromny strój i brak obfitych kształtów. Jest obnażona pierś matki karmiącej niemowlę i jej szczęśliwy uśmiech. Są przejmująco smutne oczy matki. Są poważne oczy matki. Nie ma w ikonie twarzy ascetycznych, ale lubieżnych (co się często widzi w zachodnich sakralnych obrazach). Są w ikonie aureole, jako oznaka myślenia, gnozy i wewnętrznego światła. Jest dziecko i starzec. Jest anioł śmierci, przecinający nić życia. Jest geocentryczność, prowokująca myślenie o Ziemi jako Matce Żywej. Są ludzkie szaty z dymu, ludzkie ciała z dymu – nasza tak zaznaczona ulotność. Jest bezpieczny, niedestruktywny mężczyzna. Porażająca jest sama estetyka ikon – z założenia muszą być piękne. Mamy dosłowność złota jako symbolu światła pięknego, czyli duchowego. Złoto potraktowane dosłownie, jako najszlachetniejszy kruszec, zdatny do symbolizowania światła kosmosu i duszy, sam w sobie jest finansowo drogi, oczywiście. Jednak sednem będzie przedstawienie duszą niefinansowej, a bogatej dosłownie: w światło gnozy. Trudno osiągalne. Bardzo, bardzo trudno osiągalne. Jak złoto w realnym świecie. Trud ten biorę poważnie.

Ikona jest dla mnie powodem do poszukiwania i znajdywania w niej mojej płci – tak to już jest, tzn. musi tak być w 21. wieku. Unikam wszelkich miejsc, które przypominałyby szkółki dla muzułmanek, gdzie się należy od dzieciństwa uczyć na pamięć wersetów podległości. Unikam, ale o nich mówię.

Powiedziałam kilka słów o ikonie, powstałej na podstawie starożytnych kanonów. Teraz coś dodam o ikonie współczesnej, uściślając to, co mówiłam w jednym z poprzednich szkiców i dodając sytuację nowego wyrazu dla rzeczy już omówionej. Czy mamy nową ikonę, powiedziałam, że mamy i że nikt z prawosławnych w Polsce jej nie chce. Mowa jeszcze raz o Nowosielskim.

Nowoczesna ikona Nowosielskiego jest nie mniej przejmująco piękna – chciałabym, aby mój Kościół uhonorował w ikonie starożytność i tę nowoczesność, w istocie przecież bardzo tradycyjną, patriarchalną, a nowoczesną jedynie w formie malarskiej. Nie do przyjęcia okazuje się stara rzecz w nowym opakowaniu? Chciałabym kiedyś wejść do świątyni prawosławnej, od a do zet zrealizowanej przez Nowosielskiego. Ikona Nowosielskiego jest maksymalnie uproszczona, mamy uproszczone sylwetki ludzkie, całość jest ascetyczna, skromna kolorystycznie, lecz zachowaniem wszystkich barw ikonicznych, łącznie z czerwienią, symbolizującą obłaskawiony czarny kosmos. Każdą czerń stworzymy jako czerwoną, jeśli skierujemy na nią strumień światła. Pamiętam, jak kiedyś zauważyłam czerń drogi-żużlówki – akurat spłynęło na nią zachodzące słońce, całym ciężarem swego skondensowanego światła i wtedy – uderzyła mnie w oczy intensywana czerwień żużlu. Napisałam nawet króciutki wiersz o tej czerwonej, bo podświetlonej słońcem, żużlówce – to zjawisko przemiany czerni w czerwień odbyło przed laty na stacji kolejowej Zubki. Mój ikoniczny wiersz został zignorowany przez wydawców, nie umieszczono go w żadnym moim tomiku – czy wydał im się błahy? Sądziłam, że odczułam żywą ikoniczność, żywą przemianę czerni w czerwień jako coś niesłychanie ważnego w danej chwili i godnego zanotowania. Zapomniałam, że odczuwanie ikoniczności to sprawa ogółowi chrześcijan już niedostępna. Moja żużlowa czerwień skojarzyła mi się z nasyconą, gęstą czerwienią z ikon Nowosielskiego, sądziłam, że się wpisuję poprzez to doznanie w to samo źródło, z którego on czerpał. Zapomniałam, że Nowosielski egzystuje na marginesie uwagi ku dziełu, że nie istnieje w uwadze powszechnej i że nie ma go w uwadze wydawców poezji. Spojrzenie ikoniczne, odczuwanie detalu ziemi jako czegoś żywego, charakterystyczne jest dla Bizantyńczyków i generalnie dla Wschodu azjatyckiego. To tam powstało haiku, krótka forma wiersza, oparta na detalu ziemi, odczuwanym jako żywy.

Błahe wydają mi się tandetne obrazki, przeznaczone do szerokiego rozprowadzania wśród wiernych, gdzie dominuje sztuczne złoto – są one może ładne, ale nie są piękne w sensie ikonicznym. O ikonie Nowosielskiego mogłabym jeszcze długo mówić, ale nie będę, bo właśnie doszłam do miejsca, o które mi chodziło: czy nie można by sprawić, aby w odbitkach, choćby małych, chodziły wśród nas, prawosławnych, odbitki ikon Nowosielskiego? Rzecz w tym, że część z nas potrzebuje takiej nowoczesności, namacalnego dowodu, że ikona pozostaje w rękach arcydzielnych twórców współczesnych, że może być nowatorska, inna, a zarazem zachowująca korzenie, że żyje jako nowe dzieło.

Mam jakieś smutne, a nieodparte wrażenie, że tandetne obrazki odzwierciedlają standetniały stan dusz chrześcijańskich, chrześcijanie swoje religie, bez względu na wyznanie, traktują bardzo zewnętrznie, że religia staje się jakby luksusową torebką czy luksusowym krawatem do noszenia wyłącznie w święta, że nie ma żadnej mocy kreującej nas na chrześcijan, że jest sprawą marginalną, że jest tylko obyczajem modlenia się, pielgrzymowania, itd., że wewnątrz nas jej nie ma.

Wydaje mi się, że chrześcijańskie zasady są bardzo mocno osadzone wewnątrz mnie, tak że wzdrygam się wewnętrznie, kiedy widzę, jak się coś dzieje wbrew nim, po prostu poprzez kaleczenie mnie od wewnątrz, np. bardzo, ale to bardzo okaleczyły mnie pokazywane w TV żołnierskie modły z udziałem kapelanów różnych wyznań przed bombardowaniem Jugosławii i Iraku. Jednak tak osadzone zasady chrześcijańskie, że widzę działanie innych chrześcijan, które mi się nie podoba, w tym przypadku będzie to naruszenie zasady czynienia bezwzględnego pokoju, w rezultacie mego udziału nie prowadzą do niczego więcej, jak tylko do osądzania innych, a osądzając innych, naruszam zarazem inną chrześcijańską zasadę „Nie osądzaj”. Chrześcijańskie zasady otóż mają prowadzić do indywidualnej – osobistej – wewnętrznej przemiany, ściślej mówiąc – do bardzo osobistej więzi z Bogiem poprzez odczuwanie żywego sumienia, nie zaś do osądzania innych. Staram się w mych szkicach raczej śledzić mechanizmy świata, niż osądzać, a jeśli już osądzam, to w kategoriach filozoficzno-egzystencjalnych, w sferze, gdzie osąd stanowi podstawową kategorię myśleniowości. Bardzo mocno we mnie tkwi wezwanie do kobiety płynące z ikony „Święty Jerzy walczy ze smokiem” w stosownym momencie mów swoje głośne „Nie”.

Niekiedy słyszę głos sumienia – „Co robisz, tak się nie godzi” i wiem, że to wezwanie jest najżywsze, najbliższe bezpośredniemu doznaniu Boga.

Bardzo mocno osadzone we mnie są też zasady etyczne starożytne, greckie – szczególnie pociąga mnie nakaz indywidualnego doskonalenia się (pochodzący od Sokratesa), aby być człowiekiem dobrym. Jeśli chodzi o chrześcijańskie przykazania, to z całą mocą dochodzi jedynie do mnie – „Nie zabijaj, nie kradnij, nie kłam”. Reszta się zaciera – zaciera się to, co w gruncie rzeczy nie jest ważne w relacjach międzyludzkich, jak np. „Nie będziesz miał innego Boga przede mną”, bo to przykazanie dzieli samych chrześcijan – na Zachodzie powstało wrażenie, że np. prawosławni wierzą w „innego Boga”, a na Wschodzie, że np. protestanci nie wierzą w Boga, tylko w ustawiczną harówę ponad siły w imię mamony, a katolicy przesłaniają Boga papieżem. To przykazanie było ważne przed wiekami, u niepodzielonych chrześcijan.

Tamara Bołdak-Janowska, Czasopis 03/2005
2005-02-09 10:20:49
Pisati po-svojomu. To znaczy, po jakiemu? I gdzie? więcej
Czasopis 02/2005, Jan Maksymiuk
Mój postulat pisania „po swojemu” dotyczy języka, którym na co dzień posługuje się wciąż jeszcze znacząca liczba Białorusinów – tak zwanych pudlašôv – mieszkających na Białostocczyźnie pomiędzy Narwią i Bugiem. Język ten – a właściwie zbiór wiejskich gwar – nie ma ogólnie przyjętej nazwy, więc proponuję roboczo nazwać go swoim, przynajmniej do czasu, aż zostanie osiągnięty jakiś rozsądny konsensus w tym względzie. Możliwe, że ten język powinien się nazywać podlaskim/pudlaśkim? Albo po prostu ruskim/ruśkim, jak nazywano w Wielkim Księstwie Litewskim (WKL) język ówczesnych Rusinów – przodków dzisiejszych Białorusinów i Ukraińców?

Pisemna wersja języka ruskiego, znana ze Statutów WKL z 16. wieku, jest bowiem bardzo podobna do dzisiejszego języka pudlašôv – to znaczy, podlaskich Białorusinów, postrzeganych jako dopełnienie lićvinôv w białoruskiej mniejszości narodowej na Białostocczyźnie. Problem nazewnictwa w tej konkretnej kwestii jest trudny i kontrowersyjny. Jednakże jeśli zapytacie kogoś we wsi pomiędzy Narwią i Bugiem po-jakomu vy hovoryte doma? – usłyszycie najczęściej w odpowiedzi: po-našomu albo po-svojomu. Z pewnością czas już wymyślić bardziej oryginalną nazwę, ale ja osobiście na nic takiego jeszcze nie wpadłem.

Jeśli chodzi o drugie pytanie – gdzie pisać po-svojomu? – to sądzę, że najlepiej byłoby zacząć w „Niwie” i „Czasopisie”. Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić, że można byłoby robić to bezproblemowo w „Kurierze Porannym” albo „Gazecie Współczesnej”.

A po co w ogóle pisać po-svojomu?

Odpowiedź 1 (najbardziej mnie satysfakcjonująca): Bo to wielka frajda. I coś naprawdę cool. Bo nikt właściwie tak nie pisze na co dzień (ze znanych mi osób – jedynie moja żona i młodszy syn, którzy piszą do siebie SMS-y wyłącznie po-svojomu; a także ja sam, kończący akurat przekład norweskiej powieści na svoju movu; i jeszcze jedna osoba, która wyjechała z Białostocczyzny do Kanady).

Odpowiedź 2 (patriotyczno-fatalistyczna): Bo jako Białorusini nie powinniśmy dopuścić, żeby jeden z naszych dwóch języków ojczystych (i matczystych) – mam na myśli nas jako białostockich lićvinôv i pudlašôv– zniknął ot tak sobie, po prostu przez lenistwo tak zwanej elity białoruskiej w Polsce, która nauczyła się pisać po białorusku i/albo po polsku, ale nie dała rady nauczyć się pisać po-svojomu. (Czy wiedzą państwo, że co miesiąc znikają bezpowrotnie dwa języki na Ziemi (!!!) – te oczywiście, które nie zostały nigdy i nigdzie zapisane na papierze?).

Odpowiedź 3 (statystyczno-pragmatyczna): Bo tego potrzebuje żywotny interes białoruskiej mniejszości narodowej na Białostocczyźnie. Analiza wyników spisu powszechnego z 2002 roku w województwie podlaskim w poszczególnych gminach pokazuje, że z około 46400 osób, które zdeklarowały narodowość białoruską, mniej więcej 37000 (prawie 80 procent białostockich Białorusinów) to Białorusini-pudlašê, to znaczy, ludzie mówiący na co dzień po-svojomu. I chociaż Białorusini z Gródka czy Narewki mogą doskonale porozumieć się z tymi z Czyż albo Kleszczel bez pośrednictwa języka polskiego czy angielskiego, to nie sposób tutaj nie zauważyć pewnej rzucającej się w oczy niesprawiedliwości – lićviny mogą pisać w swoim domowym języku (chociażby do „Niwy” i „Czasopisu”), a pudlašê w swoim – nie. Po drugie, jeśli dotychczasowe tempo asymilacji mniejszości białoruskiej w Polsce się utrzyma, wkrótce ponad 90 procent Białorusinów na Białostocczyźnie i w Polsce będą stanowić mianowicie pudlašê. Teoretycznie rzecz biorąc, można się spodziewać, że wypromowania ich języka do rangi drugiego języka pisanego polskich Białorusinów może w sposób istotny przyczynić się do osłabienia procesów asymilacyjnych wśród całej mniejszości, a w każdym razie – stworzyć nowe pole do samorealizacji pisarskiej (literackiej i publicystycznej) dla tych Białorusinów, którzy w białoruskim języku literackim czują sie niepewnie, albo w ogóle nie mieli okazji do nauczenia się tego języka, ale wciąż jeszcze mogą wyrazić swoją białoruską duszę po-svojomu. Dlaczego mielibyśmy im tego zabraniać?

Odpowiedź 4 (misyjna): To pokolenie 30- i 40-latków, które dziś skupia się wokół „Niwy” i „Czasopisu”, jeszcze nie ukończyło swojej białoruskiej misji w Polsce. Ogólnie rzecz biorąc, są to ludzie wywodzący się z fali odrodzenia studenckiego lat 80-tych. To właśnie tamto pokolenie polskich Białorusinów wymyśliło „Basowiszcza”, założyło „Czasopis”, uruchomiło nauczanie języka białoruskiego w przedszkolu i szkole w Białymstoku, prowadziło „Radio Rację” i przyczyniło się do kardynalnej zmiany oblicza mniejszości białoruskiej w Polsce w latach 90. Właściwie to już powinno spocząć na laurach, gdyby nie jedno ale. Białoruscy studenci lat 80.to praktycznie ostatnie pokolenie „miastowych", którzy są jeszcze w stanie mówić swobodnie po-svojomu. Dla pokolenia ich dzieci svoja mova – jeśli nie zostanie zapisana w gazetach i książkach i w ten sposób „wprowadzona do miasta” – może stać się takim samym reliktem zapomnianej przeszłości, jak sierp i żarna. Inaczej mówiąc, narodowotwórcza misja „odrodzeniowego” pokolenia białoruskich studentów lat 80. zostanie tak naprawdę zakończona tylko wtedy, gdy spróbują oni zachować (przynajmniej na papierze) jeden z najważniejszych elementów swojej tożsamości duchowej – svoju movu – dla pokolenia swoich dzieci i wnuków. Jeśli nie my, to kto?

Nie odkrywasz nam Ameryki...

Wiem. Ale wcale nie chodzi mi o bycie odkrywcą lub pionierem czegokolwiek. Tylko o sprowokowanie szerszego odzewu społecznego.

Nie potrafię powiedzieć, kto pierwszy zaproponował pisać lub pisał po-svojomu w ogóle, ale pewnie nie pomylę się za bardzo, jeśli powiem, że na Białostocczyźnie – w jednoznacznie białoruskim kontekście, o którym tutaj mowa – pisanie po-svojomu rozpoczęło się w „Niwie" w latach 70., gdy wiersze w języku swojej wsi (Wólka w gminie Orla) zaczęła publikować Zosia Saczko. Potem Stowarzyszenie Literackie „Białowieża” opublikowało trzy zbiorki poezji Zosi Saczko w swoim języku. W 2002 roku pod szyldem tego samego stowarzyszenia ukazał się zbiorek poezji Wiktora Stachwiuka po-svojomu (nawiasem mówiąc, opublikowane wiersze Saczko i Stachwiuka są pierwszorzędnym dowodem na to, że zarówno svoja mova jak i jej użytkownicy ukrywają przed nami niezwykle interesujące możliwości twórcze). A w Bielsku Podlaskim entuzjasta i propagator historii i kultury swojej małej ojczyzny, Doroteusz Fionik, już chyba ósmy rok z rzędu wydaje pismo „Bielski Hostineć”, w którym czas od czasu pojawiają się teksty po-svojomu. Cześć i chwała im za to. To oni przede wszystkim mogą pretendować do roli pionierów w tym względzie.

Jednakże zarówno poetyckie tomiki Saczko i Stachwiuka, jak i pismo Fionika pozostają na marginesie głównego nurtu wydawniczo-literackiej aktywności białostockich Białorusinów, którzy preferują białoruski literacki (bądź polski) do przekazu informacji i wartości estetycznych. To, co postuluję w niniejszym tekście, jest apelem do decydentów polityki informacyjno-wydawniczej w środowisku białoruskim o umożliwienie wypowiedzi w swoich publikatorach (włączając w to białoruskojęzyczne programy w lokalnej telewizji i radiu w Białymstoku) tym, którzy zechcą wypowiadać się po-svojomu. Inaczej mówiąc, potraktujmy svoju movu jako trzeci równoprawny język białoruskiej mniejszości w Polsce i zróbmy z niego normalne narzędzie komunikacji środowiskowej, zarówno w wersji mówionej, jak i pisanej.

Apeluję właściwie nie o samo udostępnienie możliwości publikacji, a wręcz o wspólne stworzenie i realizację celowego programu promocji i rozwoju svojeji movy w publikatorach mniejszości białoruskiej. Z powodów wyłuszczonych w czterech odpowiedziach na jedno i to samo pytanie powyżej. Czas, gdy można było powiedzieć, że czas najwyższy to zrobić, już dawno minął. Ale jeszcze nie jest za późno, żeby to zrobić. Nie oglądając się na to, co sobie o nas pomyślą Polacy albo nasi podlascy „Ukraińcy”.

No właśnie, czy to aby nie o ukrainizację tobie chodzi?

Nie. O białorusizację akurat.

W spisie powszechnym z 2002 r. do używania języka białoruskiego w życiu codziennym przyznało się 39900 osób (86 procent od ogółu zdeklarowanych Białorusinów na Białostocczyźnie). Szacunkowo, około 32000 ludzi z tej grupy to pudlašê, którzy identyfikowali swój język domowy jako białoruski. Ta identyfikacja, nawet jeśli nie jest całkiem poprawna z naukowo-lingwistycznego punktu widzenia, jest całkiem zrozumiała na emocjonalnym poziomie i ma dla nas bardzo ważne znaczenie. Oznacza bowiem, że co najmniej 32000 pudlašôv w 2002 r. nie miało zamiaru identyfikować się w jakikolwiek sposób z ukraińskością, mimo że ich język jest zdecydowanie bliższy standardowi ukraińskiego języka literackiego niż białoruskiego, o czym z uporem maniaka przypomina im Związek Ukraińców Podlasia. Wynik dwudziestoletniejletniej ukrainizacji Białostocczyzny – 1400 zdeklarowanych Ukraińców (2,8 procent ogółu białostockich Białorusinów) – pozwala nam wyciągnąć dwa istotne wnioski.

Po pierwsze, problem ukrainizacji nie będzie miał żadnego istotnego wpływu na dalszy rozwój białoruskiej tożsamości etnicznej na Białostocczyźnie. Mówiąc brutalnie, w perspektywie wykończy nas polonizacja, a nie ukrainizacja. Naszym naczelnym zadaniem jest odsunąć tę perspektywę jak najdalej, a nie zmagać się z ukrainizacją. Хай вам щастит, брати-українці, на Підляшши!

Po drugie, ewentualne nadanie svojeji movie statusu oficjalnego języka mniejszości w ruchu białoruskim – a mówiąc bez ogródek: stworzenie w naszej mniejszościowej skali jeszcze jednego języka wschodniosłowiańskiego obok rosyjskiego, białoruskiego, ukraińskiego i rusyńskiego – może wydatnie ułatwić narodową identyfikację białostockim Białorusinom w następnym spisie powszechnym. Dotyczy to w równym stopniu tych Białorusinów, którzy już się zdeklarowali, jak i tych, którzy – właśnie z powodu tej ich mowy "nie wiadomo jakiej” – zapisali się jako Polacy albo Ukraińcy.

Czy mam tłumaczyć dalej, co mam na myśli, czy to już dostatecznie jasne?

Dostatecznie jasne.

No to potłumaczę jeszcze. Kategoryczna identyfikacja etniczna wyłącznie na podstawie lingwistycznej – „mówię podobnie jak Ukraińcy ze Lwowa, no to pewnie jestem Ukraińcem” – jest aberracją umysłową, która w Polsce jest pielęgnowana bardziej niż w jakimkolwiek innym kraju. Bo tylko Polska jest takim wyjątkowym krajem w Europie, gdzie prawie wszyscy (97-98 procent obywateli) mówią dokładnie w tym samym języku (który już nie ma żywych gwar i dialektów), wyznają tę samą religię i, ogólnie rzecz biorąc, są kulturowo i cywilizacyjnie jednorodni aż do bólu. Europa, ta na zachód i na wschód od Polski, jest zupełnie inna, jeśli chodzi o relacje pomiędzy państwem, narodem, narodowością, kulturą i językiem. Jest bogatsza i bardziej skomplikowana.

Żeby daleko nie szukać, weźmy Białoruś i Ukrainę. Czy ci Białorusini i Ukraińcy, którzy już od pokoleń mówią w rodzinach po rosyjsku i są po szyję zanurzeni w rosyjskojęzycznej kulturze, ale wciąż identyfikują siebie jako Białorusinów bądź Ukraińców, powinni być obligatoryjnie zaliczeni do Rosjan przez jakiś obiektywny arbitraż? Przekładając to na svoju movu: Czy człowiek w Dubiczach Cerkiewnych, identyfikujący się jako Białorusin, powinien być zaliczony hurtowo do Ukraińców, bo mówi „raczej po ukraińsku niż po białorusku”? Tłumaczenie, że pudlašôv – z lingwistycznego punktu widzenia „nieświadomych Ukraińców” – zrobiła Białorusinami mniej lub bardziej przymusowo komunistyczna władza w Polsce po II wojnie światowej, jest właśnie jednym z przejawów takiej aberracji umysłowej. Który w dodatku jest niezwykle obraźliwym dla owych „nieświadomych Ukraińców”.

Europa po zachodniej stronie naszych opłotków daje bogatą paletę przykładów, gdzie identyfikacja narodowa/narodowościowa opiera się nie na jednym-jedynym języku, a na kilku językach naraz oraz na innych istotnych rzeczach: wspólnej historii, kulturze, religii, bądź więzach politycznych i ekonomicznych. Irlandczycy nie przestają być Irlandczykami, mimo że już prawie wszyscy z nich zapomnieli języka swoich celtyckich przodków i mówią językiem swoich dawnych ciemiężycieli. Norwegowie są jednym narodem (i narodowością), mimo że mają dwa różne języki: "narzucony” przez Duńczyków bokmål i svoju movu – nynorsk. Podobnie Szwajcarzy, którzy są jednym narodem (i narodowością), mimo że mają aż cztery narodowe języki: niemiecki, francuski, włoski i retoromański. I Szwajcarzy jakoś sobie z tym radzą, nie wpadając w narodową schizofrenię. Czy my na Białostocczyźnie nie poradzimy sobie z dwoma językami narodowościowymi? Co za pytanie.

Retoromańska analogia

Pozostańmy na chwilkę przy Szwajcarach retoromańskojęzycznych. Analogia z ich sytuacją pozwoli mi szybciej wytłumaczyć, co należy zrobić nam, niedopolonizowanym pudlašam. Jest ich około 60000 w kantonie Graubünden, graniczącym z Austrią i Włochami. Ich język to właściwie pięć jego wariantów dialektycznych (Sursilvan, Sutsilvan, Surmiran, Puter, Vallader) i wersja ponadregionalna języka – Rumantsch Grischun (RG), sztucznie syntezowana w roku 1982 na podstawie pięciu wymienionych dialektów. Każdy z tych pięciu dialektów, jak i RG, ma swoją unormowaną wersję pisaną i jest nauczany w szkołach w tych gminach kantonu, na terenie których występuje. Sumując: znany nam jedynie z nazwy retoromański to tak naprawdę pięć różnych języków naturalnych i jeden sztuczny, rozpowszechnionych na obszarze powierzchniowo mniej więcej odpowiadającym naszej małej ojczyźnie pomiędzy Narwią i Bugiem. I Szwajcarów-retoromanów jest mniej więcej tylu, ilu Białorusinów na Białostoczcyznie. I przetrwanie ich języka – amalgamatu dawnej łaciny i mowy Germanów – jest zagrożone. Oni się jednak nie poddają.

A co my? My mamy svoju movu, która na pierwszy rzut oka jest mozaiką wiejskich gwar bez ładu i składu. Ale i w tym „chaosie” jest swój porządek. Wszystkie nasze podlaskie gwary da się podzielić na trzy (lub najwyżej cztery) wyraźne grupy. Kryteriów podziału jest wiele, ja dla ułatwienia podam jedno z najprostszych. Biorąc pod uwagę, jak etymologiczne spółgłoski d i t zachowują się przed samogłoskami e i i, można gwary svojeji movy podzielić na następujące grupy: 1) deń, teper, chodzici; 2) deń, teper, choďiťi; 3) deń, teper, choditi; 4) deń, teper, chodyty. Te cztery grupy można zredukować do trzech, włączając gwary z wymową choditi (twarde d i t, ale także wyraźnie słyszalne po nich i) do grupy 2 lub 4. Voilá. My także mamy swoje trzy lub cztery „retoromańskie dialekty”. Szwajcarzy udowodnili nam, że można sobie poradzić nawet w takiej mozaikowej sytuacji lingwistycznej.

Co przez to wszystko chcę powiedzieć? Przede wszystkim to, że gdy już zaczniemy pisać po-svojomu – w co głęboko wierzę – to nie należy od razu narzucać jakiegoś jednego standardu gramatyczno-ortograficznego. Pozostańmy przy tych trzech (czterech) wersjach swojej mowy, z których każda ma swoją wewnętrzną, fonetyczno-morfologiczną logikę i niepowtarzalne piękno. Niech każdy pisze w takiej wersji, jakiej nauczył się od taty i mamy. A potem zobaczymy, jak się sytuacja rozwinie. Niewykluczone, że wcale nie będzie trzeba zwoływać wszechświatowego kongresu lingwistycznego pudlašôv z udziałem delegatów ONZ, UE i ZBiRa, żeby wypracować jeden standard svojeji movy. Ten standard może wyłonić się po prostu sam. Tym bardziej, że wszystkie te cztery grupy gwar bazują na wspólnym słownictwie i frazeologii.

Jeszcze tylko krótka dywagacja z powodu Rusynów...

Na przykład Rusyni (w Polsce znani bardziej jako Łemkowie; nie mylić z Rusinami z WKL) mają w tym względzie gorzej, ponieważ słownictwo Rusynów polskich, ukraińskich, słowackich i serbskich różni się czasem dosyć znacznie od siebie. Ale oni nie poddają się – rozwijają równolegle cztery wersje języka rusyńskiego, bazujące na żywych gwarach w krajach swego zamieszkania. Zaczęli to robić pod koniec lat 80., kiedy i my właściwie powinniśmy byli zacząć coś robić ze swoim podlaskim językiem. Tylko że u nas na Białostocczyźnie ewentualne ruchy w tym kierunku wciąż blokował „ukraiński syndrom”: wszystkim się wydawało w latach 80. i 90., że promocja svojeji movy będzie sprzyjała jedynie ukrainizacji Podlasia, a nic nie da sprawie białoruskiej. Sam też tak myślałem, za co wszystkich zainteresowanych, a przede wszystkim moją rodzinę, serdecznie i publicznie przepraszam. Zhryšyv. Kajusia. Już więcej tak nie pomyślę. I już więcej nie będę tracić czasu na dyskusje o tym, „kim my kurwa tak naprawdę jesteśmy”: biało- czy mało- czy po prostu ruskimi.

...i już pierwszy kij w mrowisko

Z powodów przede wszystkim pragmatycznych uważam, że powinniśmy adaptować do zapisu svojeji movy alfabet łaciński. Powód główny jest niepodważalny: liczba realnych i potencjalnych użytkowników i beneficjentów svojeji movy jest znacznie wyższa, niż liczba tych wśród nich, którzy znają cyrylicę. Dotyczy to przede wszystkim młodych pokoleń pudlašôv, którzy nie tylko nie chcą się uczyć „pieprzonych bukwów”, ale często też nie mają po temu żadnej okazji, od czasu jak ze szkół masowo „wysiedlono” język rosyjski i wprowadzono angielski. Stąd też cyrylica w Polsce nie ma ani dziesiątej części takich szans na przetrwanie, jak alfabet łaciński. A ja nie chciałbym proponować robienia czegoś, co już dzisiaj jest postrzegane jako sprawa z góry przegrana.

Kiedy przedstawiałem projekt rozwinięcia svojeji movy jako pełnowartościowego języka polskich Białorusinów trzemVIB-om (VIB – Very Important Belarusian) w Białymstoku jakieś półtora roku temu, osiągnąłem niemał pełne zrozumienie dla idei oprócz... no właśnie, wprowadzenia alfabetu łacińskiego. Znam wszystkie argumenty przeciw. Nie będę ich tutaj omawiać, żeby nie wywoływać negatywnych emocji raz jeszcze. Jak również nie będę wymieniać innych argumentów za – oprócz wyżej wspomnianego pragmatycznego. Po prostu przedstawię pozytywną prozycję do rozważenia.

Jeszcze tylko troszeczkę i już kończę. Ten tekst jest oczywiście za długi, aby go strawić w jednym czytaniu.

Jak pisati po-svojomu?

O tak właśnie:

Mokry Prohał, tak nazyvali siête miêśtie.

Hallstein zatrymavsia poseredini.

Prohał byv na schili horê, čerez kotory protikała vodianaja žyła. Zemla ode była syraja i čorna, i tut dikim poradkom rośli razny gatunki roślinuv. Čerez siêtu bujnu roślinnośť ode pachło inačej, niž na inšych schiłach. Trava i liśtianyje dereva, a v travie mnužêń kamiêńčykuv z nevelikich zabytych obsypuv. Zverchu navisav hrebeń hniłoji skały. V promižutkach mižy derevinoju rośli korčê vysokoho zajčoho kropu. To peredovsiêm dla joho Hallstein prychodiv siudy tak často čerez vsiê svojê chłopciôvśki lêta. Vôn ne môh by odkazati na pytanie, što joho zvezuvało z siêtym kropom, vôn tôlko odčuvav, što to byli čudny rośliny, kotory tut tak dikovato porozpuskali velizny korony svojich kviêtok.

Tekučoji vody ne było vidno, ale kamiênie tut čuť ne ciêły čas było vilhôtne. Vilhoť prosočuvałasia i vytikała prosto z zemlê i tiêniu.

To fragment powieści norweskiego pisarza Tarjei Vesaasa Varnått (Veśnianaja nôč), o której poprzednio wspomniałem.

Z pewnością niemal wszystko jest jasne i zrozumiałe (dodatkowo proponuję czytelnikom „Czasopisu” krótkie opowiadanie Grahama Greene’a w swoim przekładzie dla oswojenia się z naszym „nowym” językiem), więc ograniczę się jedynie do kilku najbardziej niezbędnych komentarzy.

Alfabet użyty powyżej to kombinacja znaków graficznych używanych do zapisywania języków polskiego i czeskiego. Oczywiste odpowiedniki graficzne pomiędzy cyrylicą i alfabetem łacińskim pomijam, a podaję te, które wymagają parę słów komentarza: š – ш, č – ч, ž – ж, ś – сь, ć – ць, ź – зь, ď – дь, ť – ть, ł – л, l – ль, v – в.

Wprowadzenie ś, ć i ź pozwala nam zaoszczędzić miejsca linijce w porównaniu z cyrylicą – odpowiadajace im сь, ць і зь są cyrylicznymi dwuznakami. To samo dotyczy dwóch innych par: ť – ть, ď – дь. Wprowadzajac š, č i ž, nie zaoszczedzimy miejsca w stosunku do cyrylicy, ale w stosunku do polskiej wersji alfabetu łacińskiego: tam bowiem sz i cz są dwuznakami. Wprowadzenie odpowiedniości v – в jest podyktowanie ważnym względem taktycznym. W niektórych gwarach podlaskich etymolgiczne v(в) w wygłosie i przy domykaniu sylaby w środku wyrazu zmienia się w bardziej lub mniej słyszalną półsamogłoskę, tak zwane „u krótkie”, które w języku białoruskim jest oznaczane jako ў. Jeśli zdecydujemy się zachować to zjawisko fonetyczne na piśmie, wówczas w – pozostające w „odwodzie taktycznym” – jest naturalnym kandydatem do spełnienia tej roli: vyjšov/vyjšow; pôvdeń/pôwdeń; itp.

Odpowiedniość pomiędzy samogłoskami również wydaje się być oczywista, może za wyjątkiem dwóch naszych dyftongów: ô – уо (kôń/куонь); ê – ыэ (orêch/орыэх). Zaletą użycia alfabetu łacińskiego jest elegancki sposób zapisu dyftongów, szczególnie widoczny w pozycji palatalizowanej. Porównajmy, na przykład, łaciniczny i cyryliczny zapis słów „niósł” i „miech” po-svojomu: niôs – ніуос; miêch – міыэх.

Użycie „krokiewek” do oznaczenia dyftongów ô i ê jest oczywiście „estetyczną konsekwencją” wprowadzenia š, č i ž (alfabet svojeji movy powinien być nie tylko „ergonomiczny”, ale także ładnie wyglądać!). Po drugie, dyftong ô już istnieje na piśmie gdzie indziej – w języku słowackim. Słowacy mówią môj (mój) dokładnie tak jak pudlašê. Stąd też dla człowieka, który w życiu kieruje się ergonomiczną zasadą filozoficzną, że nie należy mnożyć bytów nad potrzeby, oznaczenie naszych dyftongów przez ô i ê to nie żadne widzimisię, a nieunikniona konieczność estetyczno-filozoficzno-lingwistyczna.

Powyższy kawałeczek powieści Vesaasa, jak i opowiadanie Greene’a, są przełożone na język, którego nauczyłem się w ojczystej wsi Lachy (gmina Narew). To ta grupa gwar (nazywanych czasem przez językoznawców gwarami zachodniopodlaskimi), gdzie mówi się „miękko”: choďiťi. W zapisie wypada to jako „choditi”, co jest oczywiście całkiem akceptowalne także dla tych pudlasôv z południowej części Hajnowszczyzny i Bielszczyzny, gdzie się mówi trochę twardziej: choditi.

Jeśli chodzi o inne przyjęte przeze mnie konwencje ortograficzne, są one do pewnego stopnia subiektywne, ale wcale nie arbitralne. W końcu svoja mova jest językiem wschodniosłowiańskim, więc przy podejmowaniu konkretnych decyzji wzorowałem się na rozwiązaniach ortograficznych zastosowanych w językach ukraińskim i białoruskim.

No cóż, jesteśmy u końca. Albo na początku, jak kto woli. Życząc wszystkim przyjemnej lektury, chciałbym wyrazić nadzieję, że ten artukuł ne bulkne jak kameń v bołoto i ne propade nazusiêm, a skłoni do wielu pożytecznych refleksji. Gdyby ktoś z państwa miał ochotę podzielić się nimi ze mną, będę bardzo rad. Mój e-mail: maksymiukj@rferl.org.

Jan Maksymiuk

Praha, styczeń 2005

JAN MAKSYMIUK (po-svojomu: Maksimiuk) – Urodzony w 1958 r. we wsi Lachy (po-svojomu: Lachi) na Białostocczyźnie, fizyk z wykształcenia, tłumacz literacki z zamiłowania. Od siedmiu lat mieszka w Pradze, gdzie pracuje jako analityk polityczny w Radiu Wolna Europa/Radiu Swoboda. Na co dzień pisze do radiowych publikacji internetowych (Newsline i Belarus and Ukraine Report) po angielsku, w domu rozmawia po-svojomu, w pracy po angielsku, białorusku i ukraińsku, a na ulicy po czesku. Od święta tłumaczy autorów literatury światowej (Irlandczyków, Amerykanów, Czechów, Francuzów, Norwegów, Duńczyków) na białoruski i svoju movu oraz Białorusinów (Arłowa, Hlobusa, Babkowa, Sidaruka) na polski. Współredaguje białostockie pismo literackie „Pravincyja".

2005-02-09 10:17:11
Pisati po-svojomu. To znaczy, po jakiemu? I gdzie? więcej
Czasopis 02/2005, Doroteusz Fionik
W „Czasopisie” zadebiutowałem w marcu 1991 r. artykułem „Руйнуюцца каплiцы” i do dziś dobrze pamiętam odzew na niego ze strony zainteresowanych. Odczułem wówczas, jak dobrą, skromną, ale zarazem tchórzliwą sprawą jest podpisywanie się pseudonimem. Pamiętam, jak jedna z osób powiedziała mi wówczas: „Jak ten Mikoła Sacharewicz śmiał tak napisać?! I kto to taki w ogóle jest?!” Kilku innych z kolei w mojej obecności wyrażało pochlebne zdania o Mikołaju Sacharewiczu, który jako pierwszy odważył się napisać o problemie.

W ciągu siedmiu lat współpracy z „Czasopisem” na jego łamach ukazało się ponad pięćdziesiąt mniejszych i większych moich materiałów. Szczególnie miło wspominam przygotowywanie kolejnych odcinków „Chroniki miascowasci”, której ukazało się blisko trzydzieści odcinków. Wielu ludzi kupowało „Czasopis” także dla kroniki, szczególnie zawartych w niej rysunków autorstwa Jarosława Jakimczuka, bielskiego ikonografa.

Ostatni odcinek kroniki mego autorstwa, a były to Ruduty, ukazał się w grudniowym numerze w 1997 r. Była to jednocześnie ostatnia wówczas moja publikacja w miesięczniku. To zaniechanie zbiegło się po trochę z rozczarowaniem – szanowna Redakcja oznajmiła mi, że ktoś wpływowy ostro skrytykował moje cztery artykuły, pisane po-podlasku. Mimo dobrej woli Redakcji zrozumiałem, że dalsza praca w tym kierunku na łamach „Czasopisu”, w takiej atmosferze nie ma sensu. Wówczas powstawał już „Bielski Hostineć”, z którym ruszyliśmy w styczniu 1998 r. Do dziś ukazało się dwadzieścia pięć numerów kwartalnika, tak potrzebnego Białorusinom z Podlasia właściwego, czyli historycznej Ziemi Bielskiej, Mielnickiej, Drohickiej. Obok materiałów w języku polskim i białoruskim mogły tu bowiem bez przeszkód ukazywać się materiały pisane po podlasku lub inaczej – po ruśku. Dużą rolę w materialnym wspieraniu tej inicjatywy odegrało Centrum Edukacji Obywatelskiej Polska-Białoruś. Szczególną satysfakcję przynosi mi osobiście przygotowywanie do druku w BH „Słownika języka wsi Chraboły”, autorstwa Mikołaja Wróblewskiego, dzieła fundamentalnego i bezcennego. Opublikowany w całości słownik, w niedalekiej przyszłości, może stać się jednym z głównych zaczynów odrodzenia języka podlaskich Białorusinów, w szerokim tego słowa znaczeniu.

Po ośmiu latach od zaniechania publikacji w języku rusko-podlaskim, od osób związanych z „Czasopisem” słyszę głosy o potrzebie pracy nad kodyfikacją tego języka i jego wprowadzeniem w szerszy kulturalny kontekst życia podlaskich Białorusinów. Bowiem oni – Białorusini powiatów bielskiego, hajnowskiego i siemiatyckiego, przede wszystkim stanowią o potencjale mniejszości białoruskiej w Polsce. Tego, drodzy Litwini – współbracia w doli i niedoli – nie można lekceważyć i przechodzić nad tym do porządku dziennego. W gminie Czyże na przykład, w której językiem codziennym mieszkańców jest ruśki, mieszka ponad 80 procent świadomych Białorusinów, a w gminie Krynki, gdzie większość rozmawia po białorusku – bodajże niecałe pięć procent.

Gdzie należy szukać źródeł tak patriotycznej postawy czyżowskich Białorusinów, których językiem codziennym jest ruśki (możemy go nazywać również starobiałoruskim)? O tym traktuje mój felieton historyczny, którym chciałbym zainaugurować powroty na łamy „Cz”z podlasko-ruskim słowem.

Doroteusz Fionik
2005-02-07 13:50:17
Żyjmy po białorusku więcej
Niwa 2004-12-30, Eugeniusz Wappa
Zwariował nam ten świat, zwariowała pogoda, wariują politycy i zależne od nich urzędnicze państwa. Tak w skrócie jawi mi się odchodzący 2004 rok. Każdy z nas posiada własną ocenę i miarkę czasu minionego i obecnego, chociaż do tego może będziemy mieć jeszcze prawo. Niestety, coraz więcej prawa do naszej prywatności, poglądów i życia osobistego mają służby specjalne – polityczne, wojskowe, graniczne, celne, podatkowe, policyjne...

Ich zadanie to podsłuchiwanie, zapisywanie, kompromitowanie nieposłusznych, poszerzanie kręgu tajnych współpracowników, którzy dniem i nocą będą pisać donosy na wszystkich i wszystko. W ten sposób państwo buduje swoją „wspólnotę obywatelską”. Mój znajomy podliczył, że obecnie w Polsce działa ponad dwadzieścia instytucji, które zapisane w konstytucji prawa obywatelskie mają w głębokim poważaniu. Tego w Polsce nie było nawet przy komunie. W naszą obecną sytuację bardziej obrazowo i zrozumiale wpisuje się powieść Orwella „Rok 1984”. Gdy Sokrat Janowicz w swoim felietonie pisze, że obecnie w Europie nastał czas rewolucji narodowych, a nie klasowych, to można mieć nadzieję, że proces ten może mieć jeszcze miejsce również w Polsce. W 1989 roku nie było u nas rewolucji narodowej, lecz tylko umowa polityczna, dzięki której rządząca elita partyjna przekształciła się w południowoamerykańską oligarchię kapitalistyczną. Powstało państwo, w którym zwykły obywatel nie ma prawa do wygrania czegoś-bądź z systemem polityczno-gospodarczych procesów sądowych na zamówienie prawych i lewych ugrupowań trzymających w dany moment władzę. Czy obecnie polskie społeczeństwo zdolne jest jeszcze do ogólnonarodowego samoorganizowania się i masowych protestów – tego nie wiem.
Na nowy 2005 rok nie liczę. Oby nie było gorzej – dziesięcioleciami powtarzają swoją nadzieję Białorusini na Białostocczyźnie. Oby nie było wojny – egzystencjalnie dająca nadzieję mantra słyszana jest we wszystkich zakątkach Republiki Białoruś. Pesymizm i fatalizm wpisały się w białoruską mentalną codzienność tak samo mocno jak pragnienie chrześcijańskiego wiecznego zbawienia, poświadczonego setkami zbudowanych cerkwi i kościołów na naszej ziemi siłą ducha i za pieniądze samych Białorusinów. Zawieszeni między niebem i ziemią nie uciekamy od przeznaczonego nam losu. Mocno zakompleksieni żywimy nadzieję na jakąś nieokreśloną łaskę, cud, przebaczenie ze strony czy to ziemskich, czy niebieskich włodarzy. W tym samym czasie skrępowani społeczno-polityczną ostrożnością, która zwykle po ludzku nazywa się bojaźliwością, nie jesteśmy w stanie bronić najbardziej elementarnych przejawów godności narodowej. Białoruski alfabet przetrwania w codzienności zniewolonej i zarażonej dżumą strachu jest trudny do wyuczenia się i realizacji szczególnie białoruskim państwowo-admistracyjno-samorządowym urzędnikom, u których słowa „chcemy żyć po białorusku” wywołują strach i nienawiść do wszystkiego co ojczyste na Białostocczyźnie i w Republice Białoruś.. Pozostaje nam tylko modlić się „Boże, bądź im litościwy” i w obcych językach donosić tę prośbę do Wszechmogącego. Bo cerkwi nie bardzo chce się być z narodem, lecz zawsze z władzą. I wtedy w swej partyzanckiej samotności chcemy odwojować nieskończoność. Jak w klasycznej antycznej tragikomedii. Scen i chórów wystarczy u nas na długo.
Dlatego w 2005 roku na białostocko-białoruskim podwórku z białoruszczyzną dalej bawić się będą wykonawcy czyichś zamówień politycznych. W Białymstoku czeka nas „proces jedenastu” oskarżonych w sprawie „Niwy”. Aparat państwowy nie może przegrać z jakąś tam mniejszością. Trzeba im pokazać siłę i porozstawiać ich na swoje miejsca. W 1923 roku w Białymstoku odbył się proces czterdziestu pięciu naszych przodków, którzy głośno domagali się swego prawa do białoruskości. Na sprawiedliwość sądów my, Białorusini, nie mamy wielkich nadziei. Wszyscy wiemy, że to sąd demokratycznej Polski zrehabilitował Romualda Rajsa „Burego”, którego ręce splamione są krwią niewinnych białoruskich rodzin. Tak jak obecnie odbywa się proces likwidacji Białoruskiego Zjednoczenia Demokratycznego – jedynej partii mniejszości narodowej w Polsce. Wyrok na nas jest już wydany. Odpowiedź na to wszystko powinna być jedna – chcemy żyć po białorusku. W 2005 roku w Polsce odbędą się wybory parlamentarne. Karta do głosowania oddana na Białoruski Komitet Wyborczy będzie naszym wspólnym głosem poparcia dla „Niwy”, BZD, białoruskiego szkolnictwa i kultury, nadzieją na przetrwanie białoruskiej mniejszości narodowej w Polsce.

Eugeniusz Wappa
2005-02-07 13:45:38
Białoruską partię - zlikwidować! więcej
Niwa 2004-12-29, Maciej Chołodowski
Białoruskie Zjednoczenie Demokratyczne zostało wykreślone na wniosek Państwowej Komisji Wyborczej z rejestru partii politycznych. Decyzję podjął Sąd Okręgowy w Warszawie. - To niezgodne z Konstytucją i nadinterpretacja znowelizowanej ustawy o partiach politycznych, legislacyjnego bubla - twierdzą działacze partii, którzy odwołali się od tej decyzji.

Postanowienie o wykreśleniu z ewidencji partii politycznych Białoruskiego Zjednoczenia Demokratycznego - jedynej partii politycznej w Polsce, działającej od 1990 r. podjął w lutym 2004 r. Sąd Okręgowy w Warszawie. Podstawą tej decyzji był fakt, niezłożenia przez członków partii sprawozdania o swojej działalności finansowej i dochodach. Sprawozdanie złożone z poprzedniego roku zostało przez PKW odrzucone jako niespełniające formalnych wymogów. Zarzucono wówczas partii, że nie posiada konta bankowego, a skoro tak, to nie można uznać za prawidłowe prowadzenie przez nią spraw finansowych. PKW jednak w 2002 r. dysponowała odpowiedzią BZD, że konta nie posiada, a ponadto nie prowadzi żadnej działalności gospodarczej. Niezależnie od tego (brak konta, prowadzenia działalności gospodarczej), zgodnie ze znowelizowaną ustawą o partiach politycznych należy - co wydaje się kuriozalne - składać tzw. ujemne sprawozdania finansowe (do 31 marca każdego roku), czyli o tym np. że się nie prowadzi działalności gospodarczej.

- To jest kwestia czysto formalna, wynikająca ze znowelizowanej ustawy o partiach politycznych z 1997 r. Poprzednia ustawa nie nakładała obowiązku składania sprawozdań kiedy partia nie prowadziła żadnej działalności gospodarczej - tłumaczy Piotr Juszczuk, współzałożyciel BZD i prawnik.

Artykuł 38 ustawy w obecnym kształcie mówi, że partia polityczna składa sprawozdanie z informacją o źródłach pozyskiwania pieniędzy, w tym o kredytach bankowych, jak również fakcie, czy tworzy Fundusz Wyborczy i czy na ten cel wpłynęły jakieś środki oraz składa odpowiednie rozliczenie. Partia polityczna, która nie prowadzi działalności gospodarczej, a podstawą jej funkcjonowania jest tylko fakt posiadania konta bankowego, takiego obowiązku nie ma. Przynajmniej tego ustawa nie nakazuje.

- Kwestią interpretacji jest ów 38 Artykuł. Czy partia polityczna, która powiadomiła PKW o tym, że nie prowadzi działalności gospodarczej, a ma konto powinna składać ujemne sprawozdanie? Uważamy, zgodnie z literalnym zapisem tego Artykułu, że tylko ta partia powinna posiadać konto i składać sprawozdanie, która prowadzi działalność gospodarczą. Jeśli jest przeciwnie, to nie powinna tego robić aż do czasu podjęcia takiej działalności. Artykuł ten niedopuszcza składania negatywnych sprawozdań. PKW więc nie powinna była wnioskować o wykreślenie partii z rejestru partii politycznych. Takie działanie narusza zapisy Konstytucji - tłumaczy Piotr Juszczuk.

Zgodnie z Artykułem 11 Konstytucji, "Rzeczpospolita zapewnia wolność tworzenia i działania partii politycznych...". Artykuł następny mówi konkretnie w jakich przypadkach partia w Polsce nie może prowadzić działalności : "Zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu, a także tych, których program lub działalność zakłada lub dopuszcza nienawiść rasową i narodowościową, stosowanie przemocy w celu zdobycia władzy lub wpływu na politykę państwa albo przewiduje utajnienie struktur lub członkostwa".

- Wykreślenie partii politycznej z rejestru, czyli jej likwidacja, może nastąpić wtedy, kiedy prowadzi ona działalność niezgodną z merytorycznymi normami prawnymi, a nie formalnymi. BZD działało i było powołane dotąd zgodnie z prawem, w sposób nienaruszający Konstytucji. PKW i sąd dokonały nadinterpretacji Artykułu 38 ustawy o partiach politycznych. Nie można udowadniać, że czegoś się nie robi lub nie posiada. Jedynie merytoryczne zastrzeżenia mogą powodować o wykreśleniu partii z rejestru, likwidacji - powołuje się na zapisy Konstytucji Piotr Juszczuk.

Zdaniem członków BZD ustawa o partiach politycznych w obecnie obowiązującym kształcie zmierza do likwidacji i to ze względów wyłącznie formalnych do likwidacji małych partii.
- Uważamy, że ustawa ta w obecnym kształcie jest podporządkowana zamysłowi stworzenia Polsce systemu monopartyjnego. To legislacyjny bubel.
Obecny przewodniczący Zjednoczenia Eugeniusz Janczuk mówi:
- To kolejny krok do zastraszenia środowiska białoruskiego w Polsce, pacyfikacji białoruskich organizacji, które nie wpisują się w obraz polskiego życia
Bardziej wstrzemięźliwy jest przewodniczący BZD z połowy lat 90., historyk Oleg Łatyszonek:
- Wydaje mi się, że to przesadna formalistyka. Chciałbym to traktować jako wyraz biurokracji, przypadkowo tylko zbiegający się z prokuratorską sprawą „Niwy” i zaleceniami pokontrolnymi NIK wobec szkół z białoruskim językiem nauczania.

BZD złożyło apelację w Sądzie Apelacyjnym a Warszawie od decyzji warszawskiego Sądu Okręgowego oraz wnioskuje, aby sprawą zgodności Artykułu 38 ustawy o partiach politycznych z Konstytucją zajął się Trybunał Konstytucyjny.

Maciej Chołodowski
2005-02-07 13:43:08
Dzień Bohaterów na Białostocczyźnie więcej
Niwa 2004-12-09, Aleksy Moroz
Członkowie Białoruskiego Towarzystwa Historycznego zapoczątkowali świętowanie Dnia Bohaterów. Ten dzień w okresie międzywojennym świętowany był przez Białorusinów 28 listopada jako Dzień Słuckiego Czynu Zbrojnego. Oleg Łatyszonek, Sławomir Iwaniuk, Eugeniusz Jańczuk i Anatol Wap złożyli wieniec pod pomnikiem Stanisława i Józefa Bułak-Bałachowiczów i żołnierzy ich armii przy drodze Hajnówka – Białowieża. Niedaleko od tego miejsca zginął generał Józef Bułak-Bałachowicz. Członkowie Białoruskiego Towarzystwa Historycznego złożyli również wieniec na jego mogile w Białowieży.

– Dlaczego zdecydowaliście się świętować Dzień Bohaterów przy mogile i pomniku generałów Bułak-Bałachowiczów i bałachowców? – tym pytaniem rozpocząłem rozmowę z przewodniczącym Białoruskiego Towarzystwa Historycznego doktorem Olegiem Łatyszonkiem.
– Święto Dnia Bohaterów wypada na 28 listopada. W tym dniu w 1920 roku wybuchło Powstanie Słuckie. Zdecydowaliśmy świętować 27 listopada dlatego, że w tym dniu białostocki batalion majora Mikołaja Dziamidawa armii Bułak-Bałachowicza uratował swojego dowódcę z bolszewickiego okrążenia pod Żytkowiczami nad Prypecią.
– Jak to się stało?
– Białostoczanie znajdowali się na prawym brzegu Prypeci. Gdy dowiedzieli się, że generał Stanisław Bułak-Bałachowicz jest ranny i okrążony na drugim brzegu rzeki, przeprawili się przez nią razem ze smoleńskim pułkiem pułkownika Taałat-Kiełpsza, przerwali bolszewickie okrążenie i uratowali dowódcę. W tym roku przypada 110 rocznica urodzin gen. Józefa Bułak-Bałachowicza, który razem ze swoim bratem Stanisławem od wiosny 1920 roku przeszedł cały szlak bojowy w Białoruskiej Armii Ludowej. W lecie 1920 roku w czasie nieobecności starszego brata Stanisława, który jeździł do Warszawy na rozmowy polityczne, Józef Bułak-Bałachowicz dowodził oddziałem i przeprowadził znakomite wypady na tyły wojsk bolszewickich na Polesiu – pod Owruczem i Walednikami. Józef Bułak-Bałachowicz po wojnie mieszkał w Białowieży i w 1923 roku został zabity.
– Czy wiadomo kto był zabójcą?
– Zabili go miejscowi komuniści na polecenie Kominternu. Zabity miał być też Stanisław, ale cudem uniknął śmierci.
– Na Hajnowszczyźnie można spotkać się z negatywną oceną działalności armii Stanisława Bułak-Bałachowicza.
– Obaj Bułak-Bałachowiczowie byli Białorusinami i walczyli o Białoruską Republikę Ludową. Stanisław Bułak-Bałachowicz został okrzyknięty Naczelnikiem Białoruskiego Państwa. Terytorium kontrolowane przez armię Bułak-Bałachowicza w 1920 roku w okolicach Mozyrza należało do Białoruskiej Republiki Ludowej. Chociaż był to mały obszar, to jednak był jedynym terytorium, na którym Białorusini mieli pełnię władzy. Oczywiście, wśród bałachowców byli różni ludzie. Większość w armii Bałachowicza stanowiły oddziały stworzone z rosyjskich monarchistów lub bolszewickich jeńców. Jednak byli w niej również białoruskie oddziały, które z oddaniem walczyły o Białoruś. Jak raz w Białowieży osiedliło się wielu żołnierzy rosyjskich, kozaków dońskich i kubańskich, dlatego więc miejscowi ludzie myślą, że wszyscy bałachowcy byli Rosjanami. Byli to ludzie, którzy nie mogli wrócić do ojczyzny. Białorusini z Białostocczyzny lub Zachodniej Białorusi wrócili do domów. Jednak wśród bałachowców, którzy osiedlili się na Hajnowszczyźnie byli również Białorusini. Słyszałem od swojej babci, że bałachowców w Białowieży nazywano zdrajcami. Miejscowi ludzie nie akceptowali tego, że Bułak-Bałachowiczowie wystąpili przeciwko bolszewickiej Rosji. Na tym terytorium dużo było miejscowych komunistów, ludność sympatyzowała z ruchem komunistycznym i dlatego często krytykowano bałachowców, którzy przeszli na stronę Polski. Jednak Bułak-Bałachowiczowie nie występowali przeciwko Rosji jako takiej, lecz przeciwko Rosji bolszewickiej.
– Jak obecnie można ocenić tę decyzję Bułak-Bałachowiczów?
– Uważam, że nie mieli oni innego wyjścia. Mogli tylko poddać się armii bolszewickiej, ale tego nie chcieli zrobić. Bałachowiczowie zostali przyjęci na służbę Białoruskiej Republice Ludowej w 1919 roku w Estonii. Od rządu białoruskiego Stanisław Bułak-Bałachowicz otrzymał potwierdzenie stopnia generalskiego. W Polsce pojawił się on wiosną 1920 roku jako generał białoruski. Początkowo armia Bałachowicza została skierowana do Brześcia na przegrupowanie. Podczas natarcia bolszewików w 1920 roku na Warszawę, nie czekając na sformowanie się armii białoruskiej, oddziały te zostały rzucone przeciwko bolszewikom i walczyły bardzo dzielnie. Wojsko Bałachowicza, które nazywało się Białoruską Armią Ludową, osłaniało front na południu Podlasia i na Chełmszczyźnie, samodzielnie przełamało front bolszewicki i zajęło Pińsk.
– Starsi mieszkańcy Hajnowszczyzny opowiadają o nieoczekiwanej zdradzie bałachowców, którzy z bolszewickim wojskiem szli na Warszawę i w czasie walk z Polakami przeszli na polską stronę.
– W 1918 roku Stanisław Bułak-Bałachowicz był dowódcą pułku Czerwonej Armii w mieście Ługa leżącego na południe od Petersburga. Sprzeciwił się on władzy radzieckiej, gdy ta krwawo rozprawiła się z powstaniem chłopskim na tym terytorium. Po prostu odmówił zabijania chłopów i przeszedł na stronę białych Rosjan, chociaż nigdy nie uważał siebie za białego, zwolennika monarchii. Należał on do ruchu socjalistów rewolucjonistów, znanych jako eserzy. Uważał się nie za białego, lecz za zielonego generała. Wtedy zaczął współpracować z armią Judenicza. Potem walczył razem z armią estońską przeciwko bolszewikom. Za wyzwolenie miasta Tartu zdobył szacunek u Estończyków. Po zawarciu pokoju między Estonią i Rosją wstąpił do wojska białoruskiego i przez Łotwę przeszedł na polską stronę. Odbyło się to w pełnym porozumieniu z rządem Białoruskiej Republiki Ludowej, który zwrócił się Naczelnika Państwa Polskiego Józefa Piłsudskiego o przyjęcie oddziału Stanisława Bałachowicza i wydzielenie mu odcinka frontu.
– Jakie znaczenie miało Powstanie Słuckie w formowaniu świadomości narodowej Białorusinów na Białostocczyźnie?
– Podczas Powstania Słuckiego na Polesiu walczył białostocki batalion pod dowództwem majora Mikołaja Dziamidawa, pochodzącego spod Gródka , sztabskapitana Kostycewicza z Bielska Podlaskiego. Władysława Kozłowskiego spod Nowego Dworu (koło Sokółki). Batalion znajdował się na południe od Słucka i razem z innymi oddziałami osłaniał antybolszewicki front aż do stycznia 1921 roku. Z pełną odpowiedzialnością można powiedzieć, że nasi rodacy walczyli na wschodzie Białorusi o wolność Ojczyzny. Są oni naszymi bohaterami narodowymi.
– Czy obchody Dnia Bohaterów będą organizowane w przyszłości?
– Dzisiaj tylko delegacja złożyła wieńce. Mam nadzieję, że co roku będziemy organizować obchody i już w następnym roku będą one bardziej uroczyste. W tym ciężkim dla Białorusinów na całym świecie czasie powinniśmy się jednoczyć i spotykać się 25 marca – w dniu proklamacji niepodległości Białorusi, i w Dniu Bohaterów. Należy wspominać tych, którzy walczyli o wolność Ojczyzny. Mam nadzieję, że jak raz Hajnówka stanie się ośrodkiem obchodów Dnia Bohaterów na Białostocczyźnie.

Aleksy Moroz
2005-02-07 13:39:56
Kto odpowiada za egzaminy? więcej
Niwa 2004-11-22, Aleksy Moroz
Nowe egzaminy maturalne wywołują niepokój wśród rodziców. Wcześniej mogli oni doradzić swoim dzieciom jak przygotować się do egzaminów otwierających drogę w dorosłe życie. Obecnie nie wiedzą co powiedzieć o nowej maturze. Wielu uczniów Zespołu Szkół z Dodatkowym Nauczaniem Języka Białoruskiego w Hajnówce optymistycznie patrzy na świat i wierzy, że nowe egzaminy maturalne ułatwią im drogę na wyższe uczelnie. Dyrekcja i nauczyciele języka białoruskiego niepokoją się o egzaminy z języka białoruskiego. Okręgowa Komisja Egzaminacyjna w Łomży pozostawiła nauczycieli tego języka bez odpowiedniego przygotowania do przeprowadzenia nowych egzaminów.

Liczni optymiści.

– Myślę, że nowe egzaminy maturalne będą lepsze niż stare, ponieważ stwarzają więcej możliwości. Gdy dobrze poradzimy sobie z nimi, to możemy od razu zostać przyjęci na uczelnie. Wcześniej, aby zostać studentem, trzeba było zdawać oddzielne egzaminy – mówi Joanna Trofimiuk. – Może okazać się, że ciężko będzie zdać egzaminy z języków obcych. Niektórzy uczniowie tylko w liceum zaczęli uczyć się tych języków, z których będą zdawać egzaminy. Ja tylko trzeci rok uczę się angielskiego i będę z niego zdawać egzamin.

–Myślę, że nowa matura będzie bardziej obiektywna. Nauczyciele, którzy będą sprawdzać prace, nie będą znali uczniów, tylko numery ich prac – mówi Magdalena Szlifarska. Z nią zgadza się Paweł Bołtromiuk.

Jednak nie wszyscy hajnowscy licealiści uważają nowe egzaminy za lepsze od starych. Andrzej Ignaciuk sądzi, że lepiej zdawać tradycyjny egzamin maturalny, który wszystkim jest dobrze znany. Moi rozmówcy uważają, że warunki zdawania egzaminów z języka polskiego i białoruskiego będą gorsze. Wcześniej na egzamin pisemny uczniowie mieli 5 godzin, obecnie trzeba będzie napisać pracę i odpowiedzieć na pytania do tekstu w ciągu 2 godzin. W wypadku tradycyjnych egzaminów uczniowie, którzy otrzymali bardzo dobre oceny na pisemnych egzaminach, zwolnieni byli z ustnych. Obecnie takiej możliwości nie ma. Licealiści na lekcjach języka białoruskiego powtarzają przerobiony materiał. Większość z nich na egzamin ustny wybrała tematy dotyczące etnografii i obecnie będą gromadzić materiał niezbędny do egzaminu.

Zdani sami na siebie

– Dla nauczycieli przygotowujących uczniów do nowych egzaminów maturalnych organizowane są kursy i spotkania. My, nauczyciele języka białoruskiego, jesteśmy zdani sami na siebie – mówi nauczycielka języka białoruskiego Olga Sienkiewicz. – W ostatnim czasie nauczyciele nie spotykali się w sprawach przeprowadzenia egzaminów maturalnych z języka białoruskiego.

– Niepokoi nas to, że nie ma odpowiedniego zainteresowania egzaminami z języka białoruskiego ze strony Okręgowej Komisji Egzaminacyjnej w Łomży. Negatywnie oceniamy pracę OKE na tle tego, co działo się 3-4 lata temu, gdy egzaminami z języka białoruskiego i języków innych mniejszości narodowych zajmowała się Centralna Komisja Egzaminacyjna w Warszawie. Wtedy język białoruski traktowany był na równi z językiem polskim – mówi dyrektor liceum białoruskiego Eugeniusz Saczko. – W informatorze wydanym przez Okręgową Komisję Egzaminacyjną w Łomży nie ma ani słowa o egzaminach z języków mniejszości narodowych. W końcu listopada odbędą się próbne egzaminy maturalne organizowane przez tę komisję, lecz nie ma wśród nich egzaminów z języków mniejszości narodowych. Są za to egzaminy z języka portugalskiego, wiedzy o tańcu czy kultury antycznej. Nie wiem czy będzie wielu chętnych zdawać egzaminy z tych przedmiotów. Za to egzaminy z języka białoruskiego litewskiego i białoruskiego w naszym okręgu zdawać będzie paręset uczniów. Inna sprawa, o której zapomniano w OKE, to przygotowanie odpowiednich formularzy do egzaminów z języka białoruskiego i litewskiego. Tylko na nich będzie można składać zapotrzebowanie na arkusze egzaminacyjne. Wspomniane formularze przygotowane zostały do języka ukraińskiego, chociaż trudno powiedzieć, czy ktoś w naszym okręgu będzie zdawać egzaminy z tego języka. Doszły do nas słuchy, że pytania egzaminacyjne z języka białoruskiego będą opracowywane na Białorusi. Jednak gdy porównamy programy nauczania języka białoruskiego u nas i na Białorusi, to okaże się, że one znacznie różnią się między sobą. W takim wypadku młodzież może mieć problemy na egzaminie. Ostatnio w sprawie egzaminów z języka białoruskiego panuje cisza. Może jest to cisza przed burzą.

Nauczyciele niepokoją się o uczniów

Ustne wewnętrzne egzaminy maturalne rozpoczną się 18 kwietnia. Pisemne odbędą się w maju.

– Przygotowanie do nowych egzaminów maturalnych trwa od dawna. Uczniowie od pierwszej klasy uczą według nowego programu i są przygotowywani do nowej matury. Nauczyciele zwracają uwagę na kształcenie u uczniów logicznego myślenia – tłumaczy dyrektor Eugeniusz Saczko. – Myślę, że uczniowie, którzy 2,5 roku uczyli się solidnie, poradzą sobie na maturze. Tym, którzy nie przykładali się do nauki, na pewno nie raz zadrżą ręce na egzaminie.

Podczas wewnętrznych egzaminów ustnych z języka białoruskiego uczniowie będą odpowiadać na niedawno wybrane tematy. Wielu licealistów zdecydowało się na tematy z zakresu folkloru i etnografii. Uczniowie będą analizować architekturę wsi białoruskiej. Z zakresu literatury wielu uczniów będzie odpowiadać z klasyki białoruskiej. Najmniej chętnych zdecydowało się na tematy z gramatyki.

– Podczas prezentacji ustnej uczniowie będą mogli korzystać z kaset audio i wideo, będzie można prezentować fotografie i rysunki. Jednak najważniejsze będą własne wypowiedzi licealistów – mówi nauczycielka języka białoruskiego Jolanta Grygoruk.

Egzaminy pisemne z języka białoruskiego będą organizowane na poziomie podstawowym i rozszerzonym. Licealiści będą odpowiadać na pytania na podstawie prezentowanego przez nich tekstu i pisać pracę twórczą. Prace maturalne powinny oceniać osoby, które zakończyły odpowiednie kursy egzaminacyjne. Kto to będzie robić zadecyduje komisja w Łomży.

– Na lekcjach pracujemy z tekstami publicystycznymi, między innymi z „Niwy” – mówi nauczycielka Olga Sienkiewicz. – Sądzę, że nowe egzaminy maturalne z języka białoruskiego będą lepsze niż tradycyjne. Uczniowie nie będą musieli uczyć się materiału podręcznikowego na pamięć. Licealiści będą mogli wykazać się swoją mądrością, pokazać konkretne umiejętności. Ci uczniowie, którzy zdecydują się na egzaminy z języka białoruskiego na poziomie rozszerzonym, powinni wykazać się większą samodzielnością myślenia, większą wrażliwością i pogłębioną wszechstronną analizą proponowanego tekstu. Tacy uczniowie powinni odwoływać się do kontekstów historycznych, filozoficznych i religijnych. Jednak istnieje niebezpieczeństwo, że najbardziej zdolni uczniowie, którzy lubią pisać obszernie, nie zwrócą uwagi na wszystkie problemy i wtedy otrzymają niższą ocenę. Natomiast ci, którzy zaczęli uczyć się języka białoruskiego w liceum, jeszcze robią błędy. Dobrze byłoby, żeby wszyscy uczniowie zaczynali uczyć się języka białoruskiego przynajmniej od gimnazjum, bo wtedy lżej będzie im uczyć się w szkole średniej.

– Sądzę, że bezhołowiem było utworzenie trzechletnich liceów. Można było zrobić pięcioletnią szkołę podstawową i trzyletnie gimnazjum. Teraz okazało się, że mamy za mało czasu na solidne przygotowanie uczniów do matury – mówi wicedyrektor liceum Aleksander Ławrynowicz. – Trudno jest jednoznacznie stwierdzić, które egzaminy są lepsze, stare czy nowe. Wszystko co nowe wywołuje obawę. Boję się, że słabsi uczniowie na egzaminach pisemnych będą mieli za mało czasu.

Aleksy Moroz
2005-02-07 13:28:39
Historię trzeba znać więcej
Niwa 2004-10-08, Zdzisław Lipski
W „Życiu Warszawy” w numerze z 24 września b.r. przeczytałem wypowiedź Pana Zbigniewa Kuźmiuka posła do Europarlamentu, gdzie Pan poseł stwierdził, iż Polskie Stronnictwo Ludowe jest przeciwne wprowadzeniu jako drugiego urzędowego języka mniejszości narodowej, na terenach przez nią zamieszkałych. Pan poseł wypowiedział się o takim języku jako o języku „obcym”. Dalej wspomniał coś o Litwie i o tym, że mniejszości są u nas dobrze traktowane. O tym, że mniejszości w Polsce nie powinny być zakładnikami jakiejkolwiek sprawy Polaków w krajach ościennych nikogo, kto ma choćby minimalne poczucie przyzwoitości, przekonywać nie trzeba. Są to obywatele państwa polskiego i z tego tytułu przysługują im określone prawa.

Nie ma to nic wspólnego z sytuacją Polaków poza Polską.
Zmroziło mnie trochę to wyrażenie „język obcy”. Jeżeli chodzi o język białoruski to nie jest to język obcy na terenach obecnego Podlasia. Szkoda, że pan poseł nie wie lub nie chce wiedzieć, że jest to rdzenny język, używany wcześniej na Podlasiu niż język polski. Poza tym i język polski, i język białoruski wywodzą się z tego samego źródła. Polacy często zapominają,
niestety, że nim oni pojawili się na Podlasiu, to była już tam ludność ruska. Dopiero szlachta mazowiecka w XVI wieku rozpoczęła kolonizować te obszary, wypierając ludność ruską lub mieszając się z nią. I jak to często bywa, ludność napływowa przejmuje rolę pierwotnych gospodarzy, spychając ich na margines.
Osobiście nie przeszkadza mi język mniejszości w urzędach na terenach przez nie zamieszkałych. To dla Białostocczyzny powinno być naturalne. Nienormalnym stanem jest, że jego istnienie nie jest widoczne w życiu publicznym. Zbyt mało dzieci białoruskich pobiera naukę w swoim języku. W Białymstoku, gdzie 50% ludności ma korzenie białoruskie, nie słychać go na ulicy zupełnie. Świadczy to o tym, że w tym mieście nie czują się oni
dobrze. A może zbyt dużo jest tam neofitów co chcą być super-Polakami, prawosławną karykaturą Polaka o białoruskim pochodzeniu.
Język białoruski był już na Podlasiu językiem urzędowym do XVII wieku. Znali go polscy królowie, używała go szlachta i magnateria Wielkiego Księstwa Litewskiego. Używali go i używają Polacy mieszkający na co dzień wśród Białorusinów. Jest on coraz bardziej obecny w Kościele katolickim na Białorusi. Szkoda, że Cerkiew prawosławna jeszcze nim pogardza. To nonsens, że na terenie Białostocczyzny mogą być jakiekolwiek protesty ze strony
Polaków. Białorusini mają takie same prawo do używania swojego języka w życiu publicznym jak i Polacy. Poza tym podniesie to jego rangę i zapobiegnie szkodliwej, z punktu widzenia obu narodów, asymilacji. Niech Polacy też uczą się białoruskiego, to przyniesie tylko obustronny pożytek. Język białoruski musi wrócić do życia publicznego na Białostocczyźnie po trzech wiekach nieobecności.
Moja rodzina wywodzi się z Ziemi Nurskiej parafii Czyżewskiej, historycznego Wschodniego Mazowsza. Mój dziadek (rocznik 1888) nigdy na Podlasiu nie był. Dla niego, zasiedziałego polskiego szlachcica, przekroczenie granicy z Podlasiem równałoby się wyjazdowi do obcego państwa. Państwo polskie kończyło się dla niego za Nurem, Czyżewem i Zambrowem, tak jak historyczne Mazowsze. Miał świadomość ruskiego rodowodu Podlasia i polskości historycznego Mazowsza. To przecież w XV wieku dla obrony przed Białorusinami i Litwinami z Podlasia moich przodków osadzili książęta mazowieccy na terenie Ziemi Nurskiej. Podlasie ma dziś zdecydowanie polskie oblicze, ale nie znaczy to wcale, że Białorusinów tam nie ma.
Już przez sam rodowód nazwiska posła Kuźmiuka można by wymagać większej przychylności jego partyjnych kolegów do języka białoruskiego w szczególności. Dawna Rzeczpospolita była wielonarodowa i wielojęzyczna. To dopiero nacjonalistyczna polska histeria i zaprzaństwo wielu spolonizowanych Białorusinów zepchnęła go na margines nawet na rdzennie białoruskiej ziemi. Marszałek Piłsudski, co patrzy z pomnika na Białystok, na pewno cieszyłby się słysząc na ulicach białoruska mowę. Ona jemu nie przeszkadzała. On marzył o federacyjnej Rzeczpospolitej, a nie o Rzeczpospolitej etnicznych Polaków. Historię trzeba znać. To czasem się przydaje. A może wrócić do historycznej nazwy Podlasia – Podlasze, aby nie kojarzyła się ona z ziemią „pod lasem”, bo to wprowadza w błąd.

Zdzisław Lipski
2005-02-07 13:26:32
Ilu w której gminie Białorusinów więcej
Czasopis 02/2004, Krzysztof Goss
Przeszło półtora roku należało czekać na opublikowanie wyników spisu powszechnego odnośnie struktury narodowościowej gmin (wcześniej urzędy statystyczne w poszczególnych województwach podały tylko przybliżoną najczęściej liczebność mniejszości narodowych na obszarach swego działania bez podziału na powiaty i gminy). Można więc wreszcie zorientować się w przestrzennym rozmieszczeniu mniejszości białoruskiej na Podlasiu (i nie tylko), a także w zróżnicowaniu postaw narodowych w obrębie zamieszkującej południowo-wschodnią Białostocczyznę społeczności prawosławnych.

Gdzie najczęściej wierni Cerkwi deklarowali białoruską tożsamość narodową, a w których częściach regionu najbardziej rozpowszechnione są wśród nich polskie opcje tożsamościowe, gdzie natomiast znajdują się największe skupiska Ukraińców? Odpowiedzi na te pytania można uzyskać porównując dane o ilości i odsetku prawosławnych w poszczególnych gminach (wedle badań autora z 1999) z adekwatnymi danymi ze spisu powszechnego o strukturze narodowościowej.

Jednostką administracyjną zamieszkiwaną przez największą liczbę Białorusinów jest miasto Białystok, w którym spis powszechny odnotował 7434 osoby tej narodowości. Grupa ta stanowi jednak tylko 2,5% mieszkańców miasta. Przedstawicieli innych mniejszości narodowych jest w stolicy regionu 1238, przy czym 417 z nich to Ukraińcy, co sprawia, iż Białystok jest również największym w regionie skupiskiem i tej społeczności. W stosunku do 10445 mieszkańców miasta nie udało się ustalić tożsamości narodowej (najczęściej z powodu ich nieobecności w trakcie akcji spisowej)

Następnymi pod względem wielkości skupiskami mniejszości białoruskiej są Hajnówka i Bielsk Podlaski, w których mieszka ich odpowiednio 5954 i 5602. Tam Białorusini stanowią całkiem spory odsetek mieszkańców: w Hajnówce – 26,4%, w Bielsku – 20,7%. Gmin wiejskich, w których liczebność tej mniejszości przekracza tysiąc osób, jest w całym województwie 11, przy czym w czterech Białorusini stanowią bezwzględną większość mieszkańców: Czyże – 81,8%, Dubicze Cerkiewne – 81,3%, Orla – 68,9%, Hajnówka (bez miasta) – 64,9%.

Prawie połowa mieszkańców należy do mniejszości białoruskiej w takich gminach jak: Narew – 49,2%, Narewka – 47,3%, Bielsk Podlaski (bez miasta) – 46,7%, Kleszczele – 41,8%.

Ponad dziesięcioprocentowym udziałem ludności białoruskiej charakteryzują się ponadto gminy: Czeremcha – 28,7%, Gródek – 23,1%, Nurzec Stacja – 16,4%, Michałowo – 14,2 %, Milejczyce – 13,1%, oraz Białowieża – 11,5%.

Zauważalne jest zjawisko sporego zróżnicowania natężenia świadomych postaw białoruskich – wszystkie wymienione wyżej gminy wiejskie są obszarami o liczebnej przewadze ludności prawosławnej, a jednak w jednej to deklarujący się jako Polacy są niezbyt liczną mniejszością, natomiast w drugiej położonej nieopodal, z kolei jako Białorusin określił się ledwie co dziesiąty mieszkaniec.

Najszerszy zakres deklaracji białoruskich wystąpił w gminach prawie czysto prawosławnych (gdzie wiernych innych wyznań jest najwyżej kilka procent). Tam, gdzie katolicy stanowią 15-25 % mieszkańców (Narew, Narewka, Kleszczele, Czeremcha, Gródek), określających się jako mniejszość było zdecydowanie mniej aniżeli w tych czterech pierwszych przypadkach. Czy obecność ludności katolickiej o najczęściej ugruntowanej, polskiej tożsamości narodowej działa tak bardzo asymilująco na większościową masę „ruskich” bądź „tutejszych”?

Na podstawie danych spisowych na obszarze całej Białostocczyzny da się uchwycić następująca prawidłowość: im mniejszy odsetek ludności prawosławnej w danej gminie, tym proporcjonalnie mniej jej przedstawicieli deklarowało niepolską tożsamość narodową. Na podstawie badań prof. Andrzeja Sadowskiego (z 1995 i 2000), czy chociażby zebranych przez autora ogólnych danych o liczbie prawosławnych, wiadomo, iż jako Białorusini w całym województwie określa się około jednej trzeciej wiernych Cerkwi (46,4 tys. Białorusinów ujętych przez spis wobec 150 tys. prawosławnych, oczywiście przy założeniu, że prawie wszyscy deklarujący się jako Białorusini są wyznania prawosławnego). Jednak zakres białoruskich postaw narodowych wśród wyznawców prawosławia nie jest jednakowy we wszystkich częściach regionu – tak jak zostało to stwierdzone, różnicuje się on w zależności od tego, jaką część mieszkańców stanowią. O ile w takich prawie czysto prawosławnych gminach jak Czyże czy Dubicze Cerkiewne jako Białorusini zadeklarowało się około 85% wiernych Cerkwi, w Orli poziom tych wyborów wynosi niecałe trzy czwarte, a w gminach Narew, Narewka, Kleszczele, Hajnówka i Bielsk Podlaski narodowość białoruską wskazywało od połowy do dwóch trzecich prawosławnych. Jednak jest kilka gmin z przewagą ludności prawosławnej, w których jako Białorusini deklarowała się mniejsza jej część, np.: Czeremcha – około40 %, Gródek i Nurzec Stacja – około jednej trzeciej, Milejczyce i Białowieża – około 20%. Jako Białorusini określiło się też około jednej trzeciej prawosławnych w gminach Michałowo, Zabłudów i Boćki. Pod tym względem zdecydowanie gorzej wypadają najbliższe okolice Białegostoku, powiat siemiatycki, czy też sokólski, gdzie średni poziom deklaracji białoruskich wśród ludności prawosławnej wynosił jedynie około 10 %, przy czym w Siemiatyczach, Sokółce, Dąbrowie, Wasilkowie i przyległych gminach wskaźnik ten osiągnął tylko 5-6 %. Tożsamość białoruską podało mniej więcej 15 % prawosławnych mieszkańców Bialegostoku.

Przytoczone wyżej wskaźniki dowodzą, iż najczęstsze i najbardziej otwarte deklarowanie przynależności do mniejszościowej grupy narodowej wśród wschodniosłowiańskiej ludności Białostocczyzny występuje we wsiach prawie wyłącznie przez nią zamieszkiwanych. Tam gdzie pewną, aczkolwiek mniejszą część mieszkańców stanowią katolicy, już tylko około połowy prawosławnych przyznaje się do białoruskości. A w gminach, gdzie wierni Cerkwi są w zdecydowanej mniejszości – czy to wokół białostockiej aglomeracji, czy na Sokólszczyźnie, poziom asymilacji jest wśród nich tak zaawansowany, że często w 90 % lub w jeszcze większym odsetku określają się jako Polacy.

Białorusini czy też inne mniejszości nie stanowią dominującej grupy w żadnym powiecie. Największym ich udziałem charakteryzuje się powiat hajnowski, w którym – mimo iż przeważają we wszystkich gminach wiejskich – to jednak ze względu na to, że stanowią tylko jedną czwartą mieszkańców Hajnówki, wskaźnik ten spada do 39,3 %. W powiecie bielskim Białorusinów jest niecałe 20%, w siemiatyckim i białostockim – po nieco ponad 3%, a w sokólskim – jeszcze 100 lat temu pod względem etnograficznym i językowym najbardziej białoruskim powiecie w obecnych granicach Polski – w spisie do narodowości białoruskiej przyznał się mniej niż 1% ludności (w 1897 białoruski jako język ojczysty zadeklarowało 83,8% przy 1,2 % udziale polskiego)

Gminy, które są największymi skupiskami liczącej w całym województwie zaledwie 1400 osób mniejszości ukraińskiej to oprócz Białegostoku (417): miasto Bielsk Podlaski – 308, Czeremcha – 120 (3,1 % mieszkańców), miasto Hajnówka – 103, Bielsk Podlaski – 94, Kleszczele – 50. W żadnej gminie Ukraińcy nie stanowią znaczącej grupy mniejszościowej.

Liczebnością i stopniem skoncentrowania spośród mniejszości wyróżniają się Litwini, których wedle spisu jest w woj. podlaskim 5,2 tys., z tego 4,6 tys. w pow. sejneńskim, gdzie stanowią ponad 20% mieszkańców (w gm. Puńsk – 75%; która oprócz zamieszkałych przez Białorusinów jest jedyną w województwie zdominowaną przez ludność niepolską).

Krzysztof Goss
2005-02-07 13:23:08
Tutejszy, czyli nikt więcej
Czasopis 02/2004, Tamara Bołdak-Janowska
W niemal dramatycznym położeniu jest dziś polski Kościół prawosławny – niebawem dojdzie do sytuacji, kiedy będzie musiał dokumentnie się spolszczyć, tłumaczyć na polski modlitwy, polszczyć kazania, itede, albo przestanie istnieć. Sytuacja jest, jaka jest, cerkiewni hierarchowie świetnie to rozpoznali: staro cerkiewno słowiański jest mało rozumiany, do kazań po białorusku wciąż nie ma przekonania, nikt nic nie rozumie, albo udaje, że nie rozumie. Dzieci i wnukowie Białorusinów nie władają językiem przodków, albo udają, że nie. Garną się do cerkwi jak do ostoi ich tożsamości i nawet chyba uznają swą narodowość za prawosławną.

Jest jeszcze coś. Polska wypchnięta na zachód ze wschodnich terenów, multireligijnych, multikulturowych, traci swe żywe kulturowe serce, kontakty z innym językami słowiańskimi, szczególnie z białoruskim, a nabywa martwoty językowej, intelektualnej, religijnej, jakiejś koszmarnie niepoprawnej dwujęzyczności polsko-angielskiej – Polacy zaczynają mówić slangiem na bazie American English. A nasi Białorusini z Podlasia, nawet z liceum białoruskiego, udają lepszych, to znaczy Polaków, kiedy znajdą się na Białorusi – wyczytałam to w „Cz”. Oj, małpki, małpeczki, małpiątka.
Sytuacja rozpoznana przez naszą Cerkiew jako ta, która prowadzi ku spolszczaniu się, która wymaga podołaniu tej drodze niechybnie poprzez spolszczanie modlitw i kazań, może jednak zawrzeć w sobie i inną rzecz: prawosławni duchowni w Polsce powinni znać kilka słowiańskich języków sąsiedzkich – białoruski, ukraiński, również rosyjski, i swobodnie się nimi posługiwać. Nawet ostentacyjnie. Ta ostentacja ze strony duchownych, przecież autorytetów dla wiernych, być może oduczyłaby pogardy dla ojczystych języków wiernych, szczególnie Białorusinów. Nie ma co tu dopieszczać lenistwa umysłowego i neofictwa. W O. czasem kazania są głoszone po ukraińsku. To bardzo miłe. Fajne. Fajna generalnie jest dwu- i wielojęzyczność słowiańska.
Współczesna białoruskość jest inteligenckością. Nie istnieje inna. Mam wrażenie, że tym, którzy boją się jak ognia własnej białoruskości, wydaje się, że zostaną natychmiast chłopami pańszczyźnianymi albo kołchoźnikami, jeśli się tylko do niej przyznają. Inteligenckości się nie dziedziczy – inteligenckość wypracowuje się poprzez doskonalenie umysłu, zmysłu wątpienia w obiegowe prawdy, nieustanne dokształcanie, w tym poprzez samouctwo.
Dalej. „Tutejszej” młodzieży wydaje się, że jest bezimiennym ludem pogranicza, bo „czerpie kulturowo z lewa i prawa, z różnych kultur”. Każdy, kto bierze udział w kulturze, czerpie w podobny sposób z innych kultur. Jakaż tu naiwność, wręcz bezmyślność, w stwierdzaniu: jestem narodowościowo nikim, bo czerpię z różnych kultur. Och, młodzi ćwierćinteligenci z 21 wieku.
Jeśli dziadkowie czy rodzice byli niewykształceni i wahali się co do narodowości, i to ich wahanie natychmiast przejmowała polska skrajna prawica, podpowiadając „tutejszość”, jako potencjalne dochodzenie do polskości, jako jakiś tymczasowy stan beznarodowościowej małpy, to niechże dzieci i wnukowie będą mądrzejsi, odważniejsi, samoświadomi, niechże wypowiedzą to, czego się bali wypowiedzieć przodkowie: jesteśmy Białorusinami. Jesteśmy Białorusinami, nawet jeśli język białoruski jest tylko naszym językiem dzieciństwa albo i nie, albo językiem naszych rodziców.
Ale otóż nie. Potomkowie są głupi jak but, z tą wziętą od asymilatorów modą na „tutejszość”. W dodatku nie zdają sobie sprawy, że brzmi to prześmiesznie w internecie. Tubylec internauta? Ano właśnie. Tubylec. Nikt. Umysłami tych tubylców rządzi anachroniczny wyraz rodem z 19. wieku. No niechby odważyli się rzec: jesteśmy pochodzenia białoruskiego, albo białorusko-polskiego. Niechby się odważyli na bycie Polakami wreszcie, skrajnie prawicowymi oczywiście, poniewierającymi mentalnie białoruskością, czyli zgodnie z rzeczywistym charakterem polonofilskich dusz. No nie, nie, jakoś nie uchodzi. Ech, tubylcy, tubylcy. Starzy wychowali sobie dzieci przeciw sobie. Namnożyło nam się tubylców. Ludzi 21. wieku, którzy nie mają narodowości. No nie, nie. Nie ma na planecie Ziemia śmieszniejszej sprawy, niż to niedorobienie narodowościowe.

Tamara Bołdak-Janowska
2005-02-03 10:55:25
Związki Białegostoku i Grodna więcej
Niwa 2004-12-13, Aleksander Maksymiuk
Białostoczan można umownie podzielić na dwie kategorie. Pierwsza to ludzie, którym 2-3-dniowy wyjazd do sąsiedniego Grodna wydaje się absolutna abstrakcją, którzy nie wiedzą od czego rozpocząć przygotowania do takiego wyjazdu; druga kategoria (powiem od razu, że ta grupa jest znacznie mniejsza) to ludzie, którzy o tej sprawie wiedzą wszystko i nawet z zawiązanymi oczami, po omacku załatwią sprawę wyjazdu bezbłędnie.

Trzeba również od razu podkreślić, że wzajemne przenikanie się tych grup jest mizerne – kto raz spędził w Grodnie weekend, napił się tam kawy, piwa, pochodził po uliczkach tego starożytnego miasta, uległ jego nieuchwytnemu czarowi, ten niechętnie będzie brać ze sobą tych polskich przyjaciół, którym „z zasady na Białorusi nic się nie podoba”. A Białoruś w ciągu ostatniej dekady zrobiła wielki estetyczny krok – przeważająca większość Polaków przespała ten moment, im w dalszym ciągu wydaje się, że w białoruskich sklepach towary zawijane są w gazety...

Pewnemu wyjaśnieniu tej sytuacji miała służyć konferencja zorganizowana 1-3 grudnia br. w Białymstoku i Grodnie przez Centrum Edukacji Obywatelskiej Polska-Białoruś i Fundację Konrada Adenauera. Oficjalny temat konferencji brzmiał: „Doświadczenie reform komunalnych Białegostoku w latach 1990-2004. Perspektywy współpracy transgranicznej Białegostoku i Grodna”.

Napisałem „oficjalny temat”, ponieważ nie mogę oprzeć się wrażeniu, że organizatorom bardziej zależało na spotkaniu prezydenta Białegostoku Ryszarda Tura i jego grodzieńskiego odpowiednika – mera Aleksandra Antonienki. Towarzyszyli im przedstawiciele administracji miejskiej i kół gospodarczych obu regionów. Nie jest tajemnicą, że po wyborach i referendum konstytucyjnym na Białorusi oficjalne kontakty obu krajów zostały mocno zamrożone – nie dążą do nich regionalne administracje, biorąc przykład z państwowej góry. Znamienne jest to, że inicjatorami takich kontaktów w zasadzie są organizacje i struktury pozarządowe. Nic jednak nie usprawiedliwia braku oficjalnych kontaktów we wcześniejszym okresie. Na tę okoliczność próbował zwrócić uwagę Marcin Rębacz – przewodniczący Centrum Edukacji Obywatelskiej.

– Nam w Białymstoku pozostało bronić stanowiska – powiedział on w czasie otwarcia konferencji – że najlepsza droga z Zachodu na Wschód biegnie przez Białystok i Grodno. Liczni sceptycy będą się upierać, że nie jest droga najkrótsza, ale my będziemy przekonywać, że jest ona najlepsza.
M. Rębacz zwrócił jeszcze uwagę, że chociaż miasta oddalone są od siebie o niecałe 80 km, to dzieli je nie najlżejsza granica. Ale konferencja jest najlepszym dowodem na to, że w obu miastach bardzo dobrze pracują placówki dyplomatyczne. Wszyscy polscy uczestnicy otrzymali białoruskie wizy, a białoruscy uczestnicy – polskie. Oda von Breitenstein z Fundacji Konrada Adenauera podkreśliła, że sprzyjanie wymianie i współpracy granicznej jest jednym z podstawowych celów działania Fundacji. W Polsce Fundacja obecna jest od 1989 roku, a na Białorusi tylko rozpoczyna stawiać pierwsze kroki – czeka na rejestrację.

Białoruscy goście zwracali uwagę, że Białystok poszedł w swoich reformach znacznie dalej niż Grodno – wykład wiceprezydenta Białegostoku Mariana Blecharczyka stał się doskonałą lekcją. Według wiceprezydenta podstawą zmian w Białymstoku była reforma samorządowa – problemy w mieście z tego powodu nie znikły, ale otwarły się nowe sposoby ich rozwiązywania. Miasto stało się ośrodkiem akademickim północno-wschodniej Polski – istnieje ponad dziesięć wyższych uczelni, w których uczy się około 40 tys. studentów. Po 1990 roku bazar na ul. Kawaleryjskiej stał się największym targowiskiem w Polsce – prawdopodobnie jego obroty były znacznie większy niż budżet miasta (w najlepszym dla bazaru okresie pracowało na nim 40 kantorów, w których, według różnorodnych obliczeń, wymieniano po 3-4 mln USD dziennie). Liczba zarejestrowanych podmiotów gospodarczych w mieście zwiększyła się z 8 tys. w 1992 r. do 34 tys. w 2004 r. (w tym 33 tys. to jednostki prywatne). Obecnie połowa zatrudnionych w Białymstoku pracuje w sektorze prywatnym.

Przewodniczący Grodzieńskiego Komitetu Wykonawczego Aleksander Antonienko przede wszystkim zwrócił uwagę na walory turystyczne swego miasta. W naszym regionie – przekonywał – nie ma takiego miasta, w którym w niezmienionej formie zachowały się zabytki średniowiecznej kultury i architektury. Aktualnie w Grodnie zarejestrowanych jest ponad 400 obiektów, które są chronione prawem. Ponad 20 z nich w ostatnim dziesięcioleciu sprzedano w prywatne ręce. Najbardziej palącym problemem starożytnego Grodna jest wyprowadzenie z centrum miasta zakładów przemysłowych. Według Antonienki współpraca Białegostoku i Grodna w sferze gospodarczej powinna odbywać bez przeszkód, tak jak bez przeszkód przez granicę wieje wiatr.

Jak ta współpraca będzie rozwijać się w rzeczywistości, pokaże czas. Prezydent Białegostoku R. Tur na czerwcowe Dni Białegostoku zaprosił jak przedstawicieli grodzieńskiej administracji, tak i przedstawicieli białoruskich ruchów niezależnych.

Aleksander Maksymiuk
2005-02-03 10:52:23
Sukces nadzwyczajny więcej
Niwa 2004-11-25, Aleksander Wierzbicki
18 i 19 listopada w Białymstoku odbyła się konferencja naukowa „Problemy narodowe na Białorusi w XIX wieku” zorganizowana przez Białoruskie Towarzystwo Historyczne i Katedrę Kultury Białoruskiej Uniwersytetu w Białymstoku. Korzystając z okazji o działalność BTH zapytałem jego przewodniczącego dra Olega Łatyszonka.

– Podczas konferencji Białorusinów charakteryzowano jako ludzi ospałych, o których przysłowie mówi: ni za sobą, ni przed sobą. Jak ta charakterystyka przystaje do Białoruskiego Towarzystwa Historycznego?
– Nasze Towarzystwo powstało w 1993 roku. Spodziewaliśmy się stworzenia tutaj obiecanego nam Instytutu Białoruskiego; z myślą o pracy w nim przejechałem w 1991 roku do Białegostoku. Gdy okazało się, że obiecanki nie zostaną zrealizowane, zdecydowaliśmy się działać sami i założyć Białoruskie Towarzystwo Historyczne; ten wspaniały pomysł spełnił się. Zebrało się nas około dwudziestu – zawodowych historyków z uniwersytetów i szkół, dziennikarzy, miłośników historii, tworząc bardzo mocny ośrodek. Można śmiało stwierdzić, że bez wielkiej bazy organizacyjnej nasz dorobek naukowy równa się osiągnięciom każdego instytutu. Jest to najlepsze świadectwo naszych zdolności i energii.
– Z jakimi ośrodkami Towarzystwo współpracuje?
– Nasi główni partnerzy znajdują się na Białorusi. Przede wszystkim jest to Grodzieński Uniwersytet im. Janki Kupały, a także Instytut Historii Białoruskiej Akademii Nauk, Białoruski Uniwersytet Państwowy i Uniwersytet Pedagogiczny im. Maksyma Tanka w Mińsku. Trochę słabsze kontakty utrzymujemy z Brześciem, a z innymi ośrodkami są one sporadyczne. Z polskich organizacji najściślej współpracujemy z białostockim oddziałem Polskiego Towarzystwa Historycznego, trochę z Uniwersytetem im. Mikołaja Kopernika w Toruniu. Na organizowanych przez nas konferencjach bywają uczeni z całej Polski oraz z Litwy. Krąg autorów publikujących w naszych „Białoruskich Zeszytach Historycznych” obejmuje wszystkie kontynenty, a najbardziej egzotycznego prenumeratora mamy w Japonii.
– Z jakimi kłopotami zmaga się Towarzystwo?
– Z naukowego punktu widzenia kłopotów nie mamy, ponieważ jesteśmy zabezpieczeni grantami z Ministerstwa Kultury RP i Urzędu Miasta Białegostoku. Trochę gorzej wygląda sprawa popularyzacji wiedzy historycznej w narodzie, bo Towarzystwo to ograniczona ilość osób mających do czynienia z nauką historyczną. Nie udaje się nam, nie zważając na niesłabnące zabiegi, zdobyć pieniędzy na imprezy masowe. Najbardziej mnie boli to, że nikt nie chce wesprzeć turnieju rycerskiego „Przed Grunwaldem”, który miał być dowodem wspólnoty tradycji, gdy białoruskie rycerstwo – tak jak w 1410 roku – organizowałoby swoje zbiórki w Bielsku Podlaskim. Rycerze z Białorusi, którzy uczestniczą w inscenizacji bitwy pod Grunwaldem, chętnie wzięliby udział w takiej imprezie. Czasem udaje się nam zorganizować konferencje lub wystawy, które cieszą się wielkim zainteresowaniem społeczeństwa, jeżeli dotyczą one kultury, na przykład z Muzeum w Bielsku o bieżeństwie, o Tarasiewiczu, Drazdowiczu.
– Często pracami historyków posługują się ideolodzy. BTH pewnie nie ma do czynienia z ideologią?
– Tak, nie stwarzamy gruntu dla żadnej ideologii, lecz pracujemy ideowo! Widoczny jest już zarys szczególnej – białostockiej – szkoły historiografii Białorusi. Mamy polskie wykształcenie historyczne, znamy kulturę polską i białoruską – i to jest nasza specyfika. Ale piszemy z białoruskiego punktu widzenia.
– Konferencja była poświęcona kształtowaniu się narodu białoruskiego w XIX wieku. Obecnie mamy wiek XXI. Czy nie zawróci on nurtu życia narodowego w odwrotnym kierunku: czy po niegdysiejszym okresie wzrastania nie nastąpi teraz spadek?
– Konferencja poświęcona była wielu narodom, chociaż jej zasadniczy nurt koncentrował się wokół rozwoju białoruskiej idei narodowej. A likwidacji narodu białoruskiego nie będzie, nie! W XX wieku wykonane zostało takie zadanie, o którym w XIX wieku nikt nie myślał. Na początku minionego wieku proklamowana została, a w jego końcu powstała niezależna Białoruś; to nadzwyczajny sukces! Liczne narody dłużej starały się wywalczyć swoją niezależność – i nie udało się im, a Białorusini w ciągu stu lat stworzyli ją! Rozważamy, co tak długo przeszkadzało uzewnętrznieniu białoruskiej idei narodowej, bo to w pewnym stopniu było nienaturalne. I dochodzimy do wspólnego wniosku, że przyczyniła się do tego będąca swego rodzaju nowością nazwa państwa i wyznaniowe podziały w narodzie.
* * *
Los naszego narodu warzyli różni czołowi polscy i rosyjscy polityczni kucharze. Konferencja pokazała również, że przyprawy dla naszej kuchni przygotowywali również całkiem anonimowi oraz nieświadomi nawet naszego istnienia obywatele europejscy. I chociaż z Białorusinów wyszli Kojałowicz i jego stronnicy, jednak nie tylko dzięki hymnowi nieugięta Polska z Ukrainą nie zginęły...
I jak tu być pesymistą.

Aleksander Wierzbicki
2005-02-03 10:48:52
Białoruski na unijnych falach więcej
Czasopis 11/2004, Hanna Kondratiuk
- Już mnie tu znają! - Joanna Jakubowicz, nauczycielka języka białoruskiego w Babikach, uśmiecha się porozumiewawczo. Siedzimy w autobusie na trasie Sokółka - Szudziałowo, i nie nadążamy z odwzajemnianiem uśmiechów kierowanych w naszą stronę. W rękach Joanny białoruska książka.
- To chyba książka o miłości? - zagaduje miejscowy kawaler.

Białoruskość nieprzypadkowo kojarzy się tu z miłością. W ostatnich latach, tutejsi rolnicy znajdują żony właśnie w Białorusi. A dzisiaj jest dzień szczególny, jeżeli chodzi o plany na przyszłość. Właśnie nastąpiły pierwsze dopłaty rolnikom z Unii Europejskiej. W naszym autobusie tłoczno i gwarno, jak na bazarku, wielu jeszcze nie może uwierzyć w pieniądze na swoim koncie.
- Pajszou i jaszcze raz pahladzieu na toje konta - rozpowiada na tylnym siedzeniu niedawny eurosceptyk.
Wśród pasażerów Joanna poznaje rodziców swoich uczniów.
Opowiada, jak poprzednim razem, kiedy autobus zbliżał się do Babik, jedna z kobiet, podeszła i upomniała:
- Pani, użo wysiadać wam treba!

Nowa szkoła w Babikach znajduje się na początku miejscowości, dokoła pagórkowate pola i łąki.
- Dobry dzień! Dobry dzień! - witają Joannę dzieciaki na szkolnym podwórku.
Choć lekcje języka białoruskiego zaczęły się w październiku, już w Dzień Nauczyciela, najstarsze dziewczęta przygotowały niespodziankę.
- To trzeba było zobaczyć - wzrusza się dyrektor szkoły Grażyna Kuklik. - Jak one tańczyły i śpiewały!
Najciekawsze jest to że wystąpienie po białorusku utrzymywały w tajemnicy przed panią Joanną. W czasie imprezy wyszły na scenę i zaśpiewały w stylu hip-hop wiersz Jakuba Kołasa „Muzyki”.
- A dzisiaj na informatyce ktoś puścił plotkę że białoruski jest odwołany - przypomina pani dyrektor. - I dzieci bardzo się zmartwiły.
W Szkole Podstawowej w Babikach jest 82 uczniów (wraz z zerówką) i z tego 19 zapisało się na białoruski. Zainteresowanie wynika z prostego powodu, język jest zrozumiały, do tego przypomina życie w wiosce. Podczas lektury białoruskiej bajki „Zajzdrosny dziadźka” w klasie czwartej, dzieci chichotały z radości... i powtarzały słowo dziadźka, dziadźka...

- Mianie zawuć Darak Barouski. Ja żywu u Hrybouszczynie. Mnie dziesiać hadou.
Odpowiada mu kolega z ławki:
- A mianie zawuć Darak Barodzicz. Ja żywu u Suchiniczach. Mnie taksama dziesiać hadou.
Jesteśmy na lekcji w klasie czwartej, dzieci ćwiczą poznane już dialogi. Uczniowie klas starszych potrafią zapisać wyrazy, pomaga tu znajomość języka rosyjskiego.
Pierwszy Darek chętnie opowiada o sobie. Chce poznać język białoruski, aby swobodnie rozmawiać z dziadkami i rodzeństwem z Białorusi. Mama pochodzi z Bierastawicy Wielkiej, zwykle dwa razy do roku chłopiec odwiedza babcię i dziadka, albo też oni przyjeżdżają do Polski.
- A ja lubię poznawać wszystkie języki — mówi Sylwia Snarska, też z Grzybowszczyzny.
W zeszytach dzieci, na pierwszej stronie, biało-czerwono-biała flaga. Darek Borowski narysował dwie flagi, historyczną i oficjalną (czerwono-zieloną), bo tak podpowiedziała mu mama.
- A na najbliższą imprezę chcemy zaprosić konsula Białorusi - dodaje pani dyrektor. Bo właśnie odbędzie się uroczyste zatwierdzenie sztandaru i patrona szkoły którym zostanie Adam Mickiewicz.
- I kto wie? - zastanawia się na głos Grażyna Kuklik. - Może uda się w przyszłości zorganizować nam wycieczkę do Nowogródka?

Nauczanie języka białoruskiego na Sokólszczyźnie odrodziło się po 30 latach. Ostatnia informacja o tym przedmiocie pochodzi ze wsi Ostrówki. W roku szkolnym 1974/75 Wydział Oświaty i Wychowania Urzędu Powiatowego w Sokółce zlikwidował - jak podają źródła - nauczanie języka białoruskiego z powodu odejścia nauczycielki na urlop macierzyński.
W Babikach język białoruski jest po raz pierwszy, choć był nauczany w okolicznych szkołach: w Knyszewiczach, Sucheniczach, Harkawiczach.
- Ja się jeszcze uczyłam - przypomina nauczycielka Eugenia Lenkiewicz. Pani Lenkiewicz pochodzi ze Słoi.
Niedawno, kiedy do Babik przyszła „Niwa”, pani Eugenia musiała przeczytać artykuł w pokoju nauczycielskim, bo było o ich szkole.
- Jak ja się wtedy namęczyłam!
- A jakie jeszcze języki są w waszej szkole?
- Rosyjski i niemiecki.
Białoruski istnieje dzięki staraniom nauczycieli, a nie bez wpływu tu przygraniczne położenie gminy Szudziałowo.
- Nasza gmina współpracuje ze szkołą w Odelsku na Białorusi - zaznacza pani dyrektor.
To też w przyszłości w Babikach liczą na dobre kontakty i wspólne projekty z sąsiadami. Zwłaszcza że wiele uczniów jest spokrewnionych z rówieśnikami po drugiej stronie granicy.
Na koniec należy przedstawić osobę Joanny Jakubowicz. Na zajęcia (sześć godzin w tygodniu) dojeżdża tu z Bielska Podlaskiego. Jest absolwentką rusycystyki i studentką filologii białoruskiej, wykłada też angielski w kolegium językowym.
- Ostatnio zapisałam się jeszcze na francuski.
- Czy z powodów lingwistycznych?
- Raczej praktycznych, chcę swobodnie porozumiewać się w Belgii, kiedy odwiedzam tam mamę.
Choć na dojazdy w dwie strony traci prawie sześć godzin, Joanna nie narzeka:
- W drodze mam czas na czytanie książek!

W autobusie, gdzie wszyscy mówią po białorusku, zagaduje nas starszy dziadźka ze Słoi. Interesuje się ceną aparatu cyfrowego:
- Pani, zrabicie mnie fotaczku - poprosi w końcu.
Na pamiątkę zostawiam jeszcze mu „Niwę”. Ale na widok gazety pisanej cyrylicą nasz dziaźka najpierw blednie, potem, już po polsku, oświadcza:
- Ja nie umiem czytać!
I już się nie odezwa do nas przez dalszą drogę...
Czujemy, jak nasza „prostość” (bo jak wszyscy rozmawiamy po białorusku) staje się tu podejrzana.
Na otarcie łez opowiadam, jak w niedalekich Pawełkach wytłumaczono obecność języka białoruskiego w świecie. W lipcu tego roku znalazłam się tam wraz ze znajomymi z Kanady. Miejscowi byli w szoku... bo Kanadyjczyk rozmawiał po białorusku:
- Jak to możliwe, że pan z Kanady i tak dobrze po prostemu mówi - nie mogła nadziwić się starsza pani.
Z czasem wokół nas zebrała się spora gromadka. Zastanawiano się na głos, badano naszą wiarygodność. Wreszcie najstarszy we wsi mieszkaniec rozwiązał ten zawiły problem:
- A co myślicie wy sobie — że w Kanadzie to prostych ludzi nie ma?!
Swoją drogą, ciekawe, jakby w Pawełkach widziano obecność języka prostego w szkole?

Hanna Kondratiuk
2005-02-03 10:43:36
Język zakazany (w środku Europy) więcej
Niwa 2004-11-17, Sokrat Janowicz
Los naszego języka białoruskiego widzi mi się dziwnym. Nikt go formalnie nie wykorzenia, lecz ściele się on cicho by jesienne listowie w nieprzychylnych mu klimatach, które można wyrazić w paru słowach: „Można, ale lepiej nie”. Tak jest w postsowieckiej Republice Białoruś. Całkiem podobny stosunek do białoruszczyzny panuje również w Rzeczypospolitej Polskiej, w której czwartego listopada Sejm przyjął – przedtem amputując jej ręce i nogi – ustawę o mniejszościach narodowych i etnicznych. Jedyna korzyść z ustawy to prawne uznanie istnienia w Polsce m.in. mniejszości białoruskiej.

Projekt nowoczesnej ustawy – powiedzmy – przeleżał w sejmowych kancelariach około dwunastu lat. Forsował go niezapomniany Jacek Kuroń; chociaż to solidarnościowy bohater, jednak okazał się bezsilny pod murem polskiego nacjonalizmu. Tak oto tolerancja Polaków stała się samochwalstwem. Polacy prawdę mówiąc to wykapani Sowieci pod względem nietolerancji do nas, kulturologiczni imperialiści; spychają nas do białoruskiego getta, w izolację.

Usłyszeliśmy z Sejmu rzecz następującą: w miejscowych urzędach pozwala się rozmawiać i pisać wyłącznie po polsku. Od razu przypomina się wywieszka w carskich magistratach, gdy jeszcze nie było Polski: „Plucie na podłogę i rozmowa po polsku surowo zabronione”. Można w jakiś sposób zrozumieć ten strach przed Polakami, których w granicach Imperium Rosyjskiego było około dwudziestu milionów. Ale dlaczego obecna polityczna Warszawa boi się garstki zalęknionych Białorusinów? – pytam Jana Marię Rokitę z Platformy Obywatelskiej jako inicjatora zakazu używania języków mniejszościowych w wójtowskich gminach. Chce się odpowiedzieć mu – jego żona jest Rosjanką – słowami Antoniego Czechowa: „Szanowny Panie, nie wstyd Panu!?”

Rokita z Tuskiem byli w moim domu w Krynkach. Pokazali mi się inteligentnymi i kulturalnymi chłopakami. Aż tu raptem jeden z nich wyskoczył na sejmową arenę z tak ohydnym numerem! Do uszu dociera usprawiedliwienie: niedopuszczalnie zagraża zniemczenie Śląska, oto gdzie bieda! Koniecznie trzeba bronić polskości. Ale ja, Janie Mario, nie wierzę panu. Prawda o pańskich nacjonalistycznych podskokach jest całkiem inna: w nadchodzących wyborach trzeba wam pozyskać szowinizujący elektorat, okołokościelnych wyborców, oto w czym tkwi tajemnica. Znowu na białoruskim garbie jadą do raju! Robią z nas zakładników dominacji śląskich Niemców, dogadzają naszym kosztem skrajnej prawicy, a z telewizorów popłynęły wypowiedzi posłów, by dać nam po łbie za antypolską politykę... szalonego sowieckiego Łukaszenki. W takiej sytuacji bycie Białorusinem naprawdę nabiera cech bohaterstwa; biją nas z prawa i lewa.

Taż Platforma Obywatelska tegoż czwartego listopada, gdy Sejm zabraniał gawędzić z wójtem po białorusku, zorganizowała pod sowieckim konsulatem w Białymstoku szumną pikietę z trumną jako symbolem śmierci demokracji na Białorusi. Głupi byłby łukaszenkowski rząd w Mińsku, gdyby nie wykorzystał świeżutkiej polskiej ustawy o mniejszościach, oburzając się: „Wy, Polacy, zarzucacie nam brak demokracji, a sami co robicie, hipokryci!” I za tym zawołaniem pójdzie licytacja: na Grodzieńszczyźnie są dwie średnie szkoły czysto polskie, choć nie ma ani jednej białoruskiej, a w wielu wiejskich szkołach uczą języka polskiego, nie zmuszając rodziców do okresowego składania deklaracji, tak jak to chcecie uczynić z Białorusinami na Białostocczyźnie, no i dlaczego przyczepiliście się do „Niwy” jak rzep psiego ogona?!

Gdy tak się stanie jak piszę, będzie to ten unikalny przypadek mojej zgodności z Sowietami i ich piskliwym prowodyrem. Bo gdy ktoś ma rację, trzeba ją mu przyznać nie zważając na antagonizmy. Tego wymaga demokracja.

Chcę przy tym zwrócić uwagę na historyczne powtórki: gdy tylko zaczynają tłuc Białorusinów pod Sowietami, od razu biorą ich za mordę również w Polsce! Polskie władze wykorzystują okazję, bo inaczej tego wytłumaczyć nie można. A o Polakach, którzy nam po ludzku sprzyjają, już pisałem: wystarczy, że któremuś jakaś władza wpadnie w ręce, z miejsca przeistacza się w szowinistę; może dlatego, że szowinizm jest warunkiem utrzymania się na posadzie w strukturach władzy.

Antybiałoruskość u nas i antybiałoruskość u Sowietów jest identyczna. Nasi włodarze nawet z wyglądu podobni są do czerwonych komisarzy z ich stalinowskimi wąsami i bródkami á la Lenin.

Co to wszystko znaczy? Na pewno to, że nic za darmo nie sypie się z nieba, za wyjątkiem deszczu albo śniegu; o wszystko trzeba walczyć. Pouczające jest przysłowie: „Myślał indyk o niedzieli, a w sobotę łeb ucięli”. Przypomniało mi się wystąpienie białoruskiego posła Taraszkiewicza w warszawskim Sejmie w połowie lat dwudziestych, bardzo dramatyczne, w którym wyraził on rozczarowanie z powodu stosunku do Białorusinów. Aby wyraźnie odczuć jego dramatyzm, należy pamiętać, że Taraszkiewicz był na „ty” z całym szeregiem mężów stanu ówczesnej Polski, przyjaźniąc się z nimi z gimnazjalnych i studenckich czasów. I cóż z tego? Ano nic!

Bardziej realnie postępowali zachodni Ukraińcy. Nie pokładali oni nadziei w humanizmie władzy, lecz tak rozwinęli własny biznes, że na swój koszt utrzymywali – uwaga! – 62 ukraińskie gimnazja, tysiące szkół na wsi i nieformalny uniwersytet ukraiński we Lwowie. Działo się to w tym czasie, gdy zachodnim Białorusinom wujkowie z sanacyjnej administracji polikwidowali szkoły białoruskie, a w końcu rozpędzili po świecie nawet księży katolickich będących Białorusinami.

Łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Dopóki sami będziemy obojętni, rozbici, dopóty będą nami pomiatać. Życie jest brutalne, szczególnie na niedorzecznym wschodzie Europy.

Sokrat Janowicz

Wiecej w archiwum:
MNIEJSZOŚĆ BIAŁORUSKA W POLSCE
Organizacje

Samorząd

Polityka

Oświata

Kultura

Książki

Historia

Polscy Białorusini
Nowości wydawnicze

Co nowego?


Viasna - Spring96.org Radyjo Racyja Radyjo Racyja Niva
ZwiŃşek na rzecz Demokracji na BiaÓŻrusi Nasza Niva Kamunikat United Civil Party (Belarus)
Kurier Poranny

WWW.BIALORUS.PL
Serwis dofinansowany przez
Fundację Konrada Adenauera
Związek Białoruski w RP przy wsparciu finansowym Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji WWW.BIALORUS.PL
Centrum Edukacji Obywatelskiej
Polska-Białoruś

ul. Wyszyńskiego 2 lok. 87, 15-888 Białystok, Poland
tel./fax (+48 85) 7445152
e-mail: bialadm@bialorus.pl

©2001 www.bialorus.pl,
programmed by Ales'
cala = 1 sec
head= 0 sec
a = 1 sec
b = 0 sec
c = 0 sec
d = 0 sec
pwiad= 1 sec
m_left = 0 sec