Polska polityka wobec Białorusi przechodzi ciężką próbę. W odpowiedzi na przyjazne gesty UE wobec Mińska, w znacznej mierze uczynione z inicjatywy Warszawy, reżim Aleksandra Łukaszenki nasila represje wobec nieuznawanego przez siebie Związku Polaków na Białorusi kierowanego przez Andżelikę Borys.
W Mińsku doskonale wiedzą, że władze w Warszawie nie mogą być obojętne na represje wobec polskiej mniejszości. Może Łukaszence z jakichś względów zależy na ochłodzeniu poprawionych ostatnio stosunków z Polską. A może to inni ludzie z białoruskiej elity stawiają sobie taki cel, by przypodobać się Moskwie z coraz większym niepokojem patrzącej na flirt Białorusi z Zachodem.
Polskie władze nie mogą milczeć, gdy białoruska milicja próbuje siłą odebrać Dom Polski w Iwieńcu, gdy spieszący mu na pomoc działacze polonijni są masowo zatrzymywani, a białoruski korespondent "Gazety" i działacz tamtejszej polonii Andrzej Poczobut słyszy, że jeśli pojedzie do Iwieńca, to coś może się stać jego ciężarnej żonie. Jeśli Białoruś myśli realnie o zbliżeniu z UE, to sowieckie metody pacyfikowania protestów są niedopuszczalne. Można toczyć spory - także o to, który Związek Polaków na Białorusi jest legalny - bez przemocy, gróźb i szantażu. Taki jednoznaczny przekaz powinny dostać teraz z Warszawy władze w Mińsku.
|