Władze chcą siłą przejąć Dom Polski w Iwieńcu. Kilkadziesiąt osób, które jechały go bronić, zatrzymała milicja. Szefowa nieuznawanego przez Mińsk Związku Polaków na Białorusi dostała na dziś wezwanie do inspekcji podatkowej.
- To pierwsza na taką skalę akcja władz, czegoś takiego jeszcze nie było - mówi Andrzej Poczobut, korespondent "Gazety" na Białorusi i członek Związku Polaków na Białorusi Andżeliki Borys. - Ludzie jechali z Grodna do Iwieńca samochodami i autokarami, które co 50 km były zatrzymywane. W sumie milicja zgarnęła 43 osoby - opowiada Poczobut, który wczoraj też przyjechał do Iwieńca.
Dzień wcześniej ktoś zadzwonił na jego telefon i groził, że jeśli nadal będzie zajmował się sprawą Domu Polskiego, to coś złego może stać się jego rodzinie. Żona Poczobuta akurat jest w zaawansowanej ciąży. - Tak działają białoruskie specsłużby - tłumaczy korespondent "Gazety".
- Kiedy zatrzymano samochód, którym jechałam, na miejscu było całe kierownictwo milicji grodzieńskiej. Jeden z funkcjonariuszy powiedział nam, że KGB przekazało im numery rejestracyjne wszystkich samochodów - mówiła PAP Andżelika Borys, której w końcu udało się dotrzeć do Iwieńca autostopem.
Na miejsce przyjechał wczoraj z Mińska konsul Marcin Marcinek. Inny pracownik polskiej ambasady pojechał do komisariatu w Wołożynie, który jest miastem rejonowym i gdzie przetrzymywano Polaków. Milicjanci zgodzili się ich uwolnić i cała grupa pojechała do Iwieńca.
Dom Polski w Iwieńcu stał się w ostatnich miesiącach symbolem walki o niezależność tej części Związku Polaków na Białorusi, która popiera Borys, legalnie wybraną w 2005 r. na szefa organizacji. Wspomagani przez władze w Mińsku działacze dokonali pięć lat temu rozłamu, doprowadzili do powtórzenia zjazdu wyborczego i wybrali na prezesa Józefa Łucznika. Polskie władze nie uznają go za prawowitego szefa, tak jak Mińsk nie uznaje Borys.
Zanim w zeszłym roku Łucznika zastąpił Stanisław Siemaszko, udało mu się odebrać Borys 13 z 16 Domów Polskich na Białorusi, czasami przy pomocy milicji. Ten w Iwieńcu jest bardzo atrakcyjnym budynkiem. Jego budowę sfinansowała Wspólnota Polska, pozarządowa organizacja działającą pod patronatem Senatu RP. Został ukończony w 2002 r., znajduje się w centrum miasteczka położonego 70 km od Mińska.
- Już w 2005 r. władze naciskały na szefową miejscowego oddziału Związku Teresę Sobol, chcąc go przejąć. Przyjeżdżali tu jacyś inwestorzy, którzy chcieli zamienić Dom w restaurację - opowiada Poczobut.
Sobol od dawna nękają białoruskie władze. Nachodzą ją różne kontrole, ma też postępowanie karne z powodu rzekomych nadużyć w Związku. Chodzi o zapomogę z grudnia 2004 r. w wysokości, w przeliczeniu, 300 dol., jaką przyznał wszystkim szefom Domów Polskich ówczesny prezes Związku Polaków. Postępowanie wszczęto tylko przeciwko Sobol. - Sprawę i tak będą musieli umorzyć, bo nie tylko nie było tu przestępstwa, ale się przedawniła - wyjaśnia Poczobut.
Wczoraj wraz z blisko 70 osobami nasz korespondent siedział w Domu Polskim, czekając na ewentualny szturm milicji. Wokół budynku było pełno milicji, która zażądała m.in. zdjęcia polskiej flagi. Działacze Związku nie zgodzili się na to.
Do szturmu nie doszło, wieczorem w budynku wyłączono tylko prąd. Po południu na zebraniu lokalnego oddziału ZPnB ponownie wybrano Sobol na szefa lokalnego oddziału oddziału ZPnB. Obrady próbował zakłócić szef popieranego przez Mińsk Związku Polaków Stanisław Siemaszko, który chciał wejść na salę obrad w towarzystwie kamer państwowej telewizji. Poczobut i inni zagrodzili mu drogę.
- Niestety, w Iwieńcu zapowiada się scenariusz grodzieński z 2005 r., kiedy władze również siłą, przy pomocy milicji, przejęły tamtejszy Dom Polski, zachowując się podobnie jak dziś - powiedział nam jeden z polskich dyplomatów. Zapewnił, że ambasada w Mińsku będzie pomagać Związkowi Andżeliki Borys w obronie Domu Polskiego. Szef MSZ Radosław Sikorski mówił wczoraj, że polscy dyplomaci na Białorusi "energicznie przedstawiają nasze stanowisko władzom w Mińsku".
A te znowu nękają Borys, która na dziś została wezwana do inspekcji podatkowej w sprawie grzywny w związku z działalnością spółki Polonika, której jest dyrektorem. Spółka prowadzi m.in. szkołę społeczną z językiem polskim w Grodnie dla 400 osób.
- Już po marcowym zjeździe Związku grożono mi, że jeżeli nie zmienię decyzji w sprawie działalności w organizacji, to Polonika zostanie zlikwidowana. Zadecyduje o tym sąd, dokąd sprawa ma trafić z inspekcji podatkowej - mówiła Borys. |